Szymon Rynkiewicz ze Żłobina – Senior Rodu

Tagi

, ,

 

 

Szymon Rynkiewicz jest protoplastą wielkiego rodu Rynkiewiczów w parafii krasnopolskiej. Nie wiadomo, gdzie się wszystko zaczęło, gdzie się ów senior urodził, skąd pochodziła jego żona Agnieszka Kiemska? Ciekawości tej jak na razie nie udało się zaspokoić i prawdopodobnie temat będzie ciągle powracał. Może w przyszłości los odkryje pożółkłe karty historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i pozwoli na uzupełnienie tego co nurtuje od dawna. Dzięki temu, że zachowały się metryki od 1808 roku z parafii Krasnopol, Sejny, Berżniki udało się odtworzyć historię tego rodu dość dokładnie.

img_0888

Na zdjęciu; Andrzej Szczudło przy tablicy miejscowości (2016 r.)

Szymon Rynkiewicz początkowo mieszkał w Wiłkokuku w parafii Berżniki. Był tam gospodarzem i w Wiłkokuku urodziło się trzech lub dwóch synów: Kazimierz, Józef i być może Antoni. Później około 1774 roku przeniósł się z rodziną do Żłobina, wsi założonej w 1774 roku, należącej do Klucza Pomorskiego z dworem Pomorze i miastem Krasnopol. W 1780 roku Żłobin zamieszkiwało 9 gospodarzy. Zachowany z tego roku spis przedstawia usiew zbóż poszczególnych gospodarzy. Szymon Rynkiewicz nie wyróżnia się szczególną wielkością zasiewanego zboża na tle miejscowej społeczności.

usiew-zboz_zlobin-1780-r

W Żłobinie urodzili się kolejni synowie Szymona: Jakub – ok. 1776 roku, Benedykt w 1780, Wincenty 31.01.1784 r, Szymon – około 1790 roku i Franciszek około 1795 roku. Z ośmiorga dzieci Szymona i Agnieszki, tylko o Antonim nie ma żadnych informacji, być może umarł przed 1792 rokiem, ponieważ w spisie tego roku nie wymienia się go jako współmieszkańca. Bardzo skromna informacja dotyczy również kolejnego syna Szymona, o którego istnieniu świadczą dwie metryki. Jedną z nich jest spisany akt małżeństwa mieszkanki Żłobina Katarzyny Kalinowskiej, w którym wymienia się Szymona Rynkiewicza jako świadka mającego 25 lat. Kolejna metryka jest ostatnią z jego życia; to akt zgonu. Żył 82 lata, zmarł w Żłobinie w 1872 roku. Prawdopodobnie nie był żonaty, może z powodu powstańczych i wojennych zawieruch lub służby w carskim wojsku. Jego zgon zgłosił Stefan Rynkiewicz, wnuk  Franciszka Rynkiewicza – rodzonego brata Szymona. Pozostali synowie pozakładali rodziny. Senior Rodu Rynkiewiczów ze Żłobina, Szymon dożył sędziwego wieku. Zmarł w Żłobinie 23 grudnia 1820 roku w domu pod numerem 7. W akcie zgonu zapisano, że miał 90 lat, co chyba określono niezbyt trafnie. Analizując dostępne metryki można rzec, że w chwili zejścia miał około 80 lat. Jego żona Agnieszka z Kiemskich prawdopodobnie zmarła około 1819 roku. Metryka jej zgonu niestety nie zachowała się, może nawet nie została spisana.

zgon-szymon-rynkiewicz-1820-r-senior-rodu

Rodzina Szymona i Agnieszki była liczna, bogata w męskich potomków, w związku z czym ród rozrósł się a nazwisko przetrwało w różnych częściach świata do czasów obecnych. Najstarszy syn Kazimierz Rynkiewicz poślubił  Helenę z Miszkielów. Początkowo mieszkali w Jeziorkach, później w Żłobinie. Potomkiem Kazimierza i Heleny był syn Kazimierz z żoną  Cecylią Możejko. Małżonkowie mieszkali w Żłobinie. Pozostawili po sobie dwóch synów; Bartłomieja ożenionego z Magdalena Lisiewicz i Adama z żoną Teofilą Rupińską. Być może obaj z rodzinami wyemigrowali. Drugi syn imieniem Józef pozostał na gospodarstwie w Żłobinie. Najpierw był żonaty z Teresą z Pachutków, a po jej śmierci z Maryanną Frąckiewicz. Linia rodowa bardzo duża, związana ze Żłobinem ale też z emigracją do USA. Kolejny syn – Jakub mieszkał z żoną Agatą Myszczyńską w Orzechowie i tam zmarł. Jego syn Wincenty z żoną Teresą z Grochowskich początkowo mieszkał w Orzechowie, później przeniósł się do wsi Nowosady w Parafii Święto Jeziory (obecnie Litwa). Tam pozostały jego dzieci i następne pokolenia. Trzy córki Jakuba wyszły za mąż, pozostały w parafii krasnopolskiej. Następny syn Szymona i Agnieszki, Benedykt poślubił Agatę Rydzewską z Krasnopola, z którą mieszkał w Żłobinie. Z licznego potomstwa wieku dorosłego dożyło trzech synów i jedna córka.  Syn Jan Benedykt  ożeniony z Magdaleną Grochowską mieszkał w Żłobinie, zmarł w wieku 25 lat. Wdowa Magdalena wyszła ponownie za mąż za Wincentego Sobolewskiego. Z małżeństwa Jana Benedykta i Magdaleny pozostał jedynie syn Michał. Wychowywał się z ojczymem i być może przyrodnim rodzeństwem we wsi Nowosady w Parafii Święto Jeziory (obecnie Litwa). Będąc dorosłym mężczyzną zawarł małżeństwo z Franciszką Naumowicz z Jeziorek. Przez 17 lat mieszkali w Nowosadach, później przenieśli się do Iwanówki w Parafii Sejny. W Iwanówce zmarł Michał i syn  Franciszek. Z małżeństwa Michała i Franciszki pozostał jedyny syn Stanisław, który ożenił się z Franciszką Gałdzewicz z Radziuszek. Przez kilka lat mieszkali w Iwanówce, następnie przenieśli się do Stabieńszczyzny parafii sejneńskiej. W Stabieńszczyźnie zmarła żona Michała – Franciszka z Naumowiczów. O rodzinie niewiele wiadomo. Dwóch synów  prawdopodobnie wyemigrowało, a dwie córki pozostały w Polsce. Kolejny potomek Benedykta i Agaty to syn Jan Piotr, który ożenił się z Rachelą Krzywicką z Krasnopola i za sprawą ożenku tam zamieszkał. Z Jana Piotra i Racheli Krzywickiej powstał wielki ród „Rynkiewiczów Krasnopolskich”. Potomkowie Jana Piotra i Racheli w większości pozostali w Polsce, tylko nieliczni wyemigrowali do USA. Linia rodowa jest bardzo liczna, nie da się opisać w kilku zdaniach. Ostatni z synów Benedykta i Agaty, Hilary Paweł mieszkał w Żłobinie. Pierwsze małżeństwo zawarł z wdową Antoniną Namiotkiewicz z Kalinowskich, po jej śmierci z Wiktorią Sakowicz. Z obu małżeństw pozostał syn Jan, o którego losie nic nie wiadomo. Jedyna córka Benedykta i Agaty, Anna Rachela wyszła za mąż za Wincentego Milewskiego z Frącek. Tam mieszkali, tam rodziły się ich dzieci i tam zakończyli ziemską wędrówkę. Małżonkowie pozostawili po sobie synów i córki.

Agata Rynkiewicz z Rydzewskich zmarła w Żłobinie, Benedykt ożenił się z wdową Rozalią Bałuta z Milewskich, z którą przeżył 8 lat, zmarła w Żłobinie. Benedykt Rynkiewicz i 18. letni syn Stanisław zmarli w Krasnopolu w tym samym miesiącu i w tym samym roku, 1848.

Kolejnym męskim potomkiem Szymona i Agnieszki był Wincenty. Ożenił się z Katarzyną Szeszko urodzoną w Magdalenowie parafii wigierskiej a zamieszkałą w Jeglówku parafii krasnopolskiej. Małżonkowie mieszkali w Jeglówku. Spośród sześciorga dzieci pozostało w życiu dorosłym dwoje: syn Piotr Łukasz i córka Anna. Piotr Łukasz z żoną Urszulą Borkowską przedłużyli linię rodową w Jeglówku. Następnie ich synowie: Antoni i żona Benedykta Lipiec, Mikołaj i Julia Karłowicz mieli liczne potomstwo, córka Anna wyszła za mąż za Feliksa Karłowicza do Gremzdela. O losie ich dzieci jest mało informacji, wiadomo tylko tyle, że po Antonim i Benedykcie pozostał w Jeglówku syn Antoni z Honoratą z Bałutów a córka Teofila wyszła za mąż za Dominika Zaniewskiego z Jeziorek. Córka Teofili i Dominika, Bronisława dożyła starości, zmarła w Sejnach, syn Władysław zmarł również w sędziwym wieku w Jeglówku. Oboje zmarli w tym samym roku. Z małżeństwa Mikołaja i Julii z Karłowiczów najstarsza córka Wiktoria jako młoda dziewczyna wyemigrowała do USA. Tam wyszła za mąż za Antoniego Sosnowskiego emigranta z Krasnopola. Do dziś żyją w USA ich kolejne pokolenia. O pozostałych dzieciach jak na razie nie ma informacji i będą one przedmiotem dalszych poszukiwań. Najmłodszym synem Szymona i Agnieszki był Franciszek. Tak jak jego starszy brat, Józef pozostał na gospodarstwie w Żłobinie. Wraz żoną Agnieszką Popławską z Jeziorek doczekali licznego potomstwa. Przy życiu pozostał syn Jerzy i trzy córki: Franciszka, Benigna i Aniela. Na gospodarstwie w Żłobinie pozostał Jerzy z żoną  Rozalią z Fadrowskich z Krasnopola a jego następcą został Stefan Rynkiewicz i żona Magdalena z Sosnowskich.  Cztery córki Jerzego i Rozalii założyły rodziny. Franciszek Rynkiewicz żył 81 lat, jego żona 69. Oboje zmarli w Żłobinie.

lucyna1

Aby chociaż częściowo w miarę pozyskanej wiedzy przybliżyć historię Rynkiewiczów ze Żłobina postanowiliśmy wraz z Andrzejem Szczudło –  krewniakiem po Rynkiewiczach i Rydzewskich opisać kolejno linie rodowe synów Szymona i Agnieszki. Wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, będziemy dążyli do poszerzenia wiedzy. Ja osobiście nie poznałam nikogo z Rynkiewiczów wiedząc tylko z opowiadań dziadka i rodziców, że byli naszą rodziną, oczywiście po Maryannie Rynkiewicz, mojej prababci. Moim marzeniem od dzieciństwa było opracowanie genealogii rodu Rydzewskich. To  wszystko stało się za sprawą mojego dziadka Feliksa Rydzewskiego, który lubił opowiadać a ja go lubiłam słuchać. Marzenie o poznaniu genealogii rodu dojrzewało wraz ze mną i teraz staje się faktem. Dzięki rozwijającej się informatyce, metryki archiwalne stały się dostępne. Kiedy myślałam o podróży do Archiwum Państwowego w Suwałkach, przez przypadek natrafiłam na zasoby AP online. Szybko odnalazłam tam Parafię Krasnopol, nie mogłam wprost uwierzyć, że marzenie się spełni. Poświęciłam już kilka lat, niezliczone godziny mrówczej pracy do później nocy, wyprawy do AP w Suwałkach, szukanie grobów na cmentarzach w Krasnopolu. Kiedy „na skróty” odnalazłam metrykę zgonu seniora rodu Andrzeja Rydzewskiego, ze wzruszenia płakałam, prawie całą noc nie spałam, byłam pod ogromnym wrażeniem, że widzę dokument pisany blisko dwa wieki temu. Byłam też zadowolona i wtedy pomyślałam jaka wielka szkoda, że nie ma rodziców i dziadków, którym mogłabym to wszystko opowiedzieć. Głęboko wierzę, że czuwają gdzieś tam nade mną, a myśli moje kierują na właściwe drogi poszukiwawcze.

 

Opracowała Lucyna Panasewicz z Rydzewskich z Krasnopola

 

 

Reklamy

Sielanka na wsi

Tagi

, , ,

Najwcześniejsze lata dzieciństwa kojarzą mi się z Oleckiem. Nasi rodzice po pięcioletnim mieszkaniu w Gołdapi spędzili tam 8 lat, najpierw z dwoma, a po urodzeniu Teodora w 1956 roku, z trzema synami. Ja byłem tym drugim (na zdjęciu w czapce w poprzeczne paski).

olecko

Jeszcze za czasów mieszkania w Olecku bywały wakacyjne wyjazdy do dziadków, Jana i Marianny Szczudłów, mieszkających w Zagówcu koło Sejn. W gnieździe rodzinnym Szczudłów, rodzice budowali swój dom. Dlaczego tam? Prawdopodobnie bardziej niż sentyment do ojcowizny liczył się fakt, że dziadek dał darmo działkę i drewno z prywatnego lasu. W budowie domu uczestniczyliśmy również my, dzieci. Z tego co pamiętam, miałem wtedy poczucie robienia czegoś ważnego, a nawet bycia prawie dorosłym. Faktyczna pomoc sprowadzała się jednak do przenoszenia dachówek czy innych niezbyt ciężkich materiałów potrzebnych na budowie.

andy-1963

Potem była wielka radość z poszerzonej z dnia na dzień przestrzeni do zabawy, z możliwości chodzenia po drzewach, zabawy w partyzanta itd. Nielekkie były początki w szkole. Kiedy dotarliśmy do niej, ja z moim starszym bratem Zdziśkiem, klasy były już zgrane, a my jako nowi uczniowie świetnie nadawaliśmy się do prześladowania. Już po usłyszeniu nazwiska nieformalny „przywódca stada” – klasowy lider Tadek Anzel zaproponował nam ksywkę, która przetrwała do końca szkoły. Do końca podstawówki w szkole „Pod Lasem”, jak ją nazywano, byliśmy Szczupakami. Dziś śmiejemy się z tego, ale wtedy za „Szczupaka” trzeba było często stawać do boju.

zagowiec-stary

W Gawieniańcach, których nasza część najpierw była Zagówcem, przeżyłem kilkanaście szczęśliwych lat dzieciństwa, wtedy określanego jako przegrane – ze względu na uciążliwe obowiązki domowe w nie zmechanizowanym gospodarstwie, dziś – wyjątkowe, biorąc pod uwagę bogactwo doznań. Dopiero po latach potrafiłem dopatrzyć się w swoim życiorysie elementów egzotyki. Można śmiało zaliczyć do nich fakt, że szkołę podstawową ukończyłem przy lampie naftowej, ucząc się przy jednym stole z braćmi, ale i z ojcem, który zaocznie uczył się w Technikum Ekonomicznym.

kazimierowicz-piotr

Temu „uczonemu gremium” zwykle towarzyszył siedzący w kącie wąsaty staruszek z fajką, Piotr Kazimierowicz (szwagier mojego dziadka Jana Szczudło). Zwykle nie udawało mi się, ale też i nie bardzo chciałem, odizolować się od jego barwnych opowieści o czasach przed wojną, przeżywanych po części na Litwie, po części w granicach Rzeczpospolitej. Były też kawały o Żydach, w których zawsze dostawało im się od bardziej przebiegłych Polaków. Kiedy kupiliśmy radio, zasilane ze specjalnej, dużej baterii, dziadek Piotr (na zdjęciu obok) czas spędzał na słuchaniu Wolnej Europy, ale i stacji litewskich. Pamiętam jak tłumaczył nam ciekawsze kawałki z rozrywkowej audycji rozgłośni wileńskiej „Sawukas wakaras” (Sobotni wieczór). Chociaż każde przyjście dziadka na tzw. posiaduszki kończyło się pozostawieniem na podłodze sporej kupki popiołu wysypanego z fajki, jego obecność umieliśmy docenić.

Rzadka już w owych czasach na terenie PRL egzotyka domu pozbawionego prądu elektrycznego skończyła się w roku 1968, kiedy na pola wkroczyli geodeci wyznaczający miejsca dla postawienia słupów elektrycznych. Około dwumetrowy dół pod betonowy słup musiał wykopać właściciel pola, na którym słup został zaplanowany. Takich słupów było na naszych polach kilka. Miałem wtedy 14 lat i świetnie nadawałem się do tej pracy. Nie była to wielka męka, bo gleba piaszczysta, a i nadzieja na rewolucyjne zmiany dodawała sił. Wkrótce po zainstalowaniu „lekstryki” – jak mówił dziadek Jan Szczudło, który oporem stawał przed elektrykami i pozwolił założyć w swoim drewnianym domu tylko minimalną ilość żarówek i gniazdek, we wsi pojawił się pierwszy telewizor. Właścicielami była rodzina Pieczulanisów, którzy szybko zrozumieli, że dla dobra stosunków międzysąsiedzkich telewizor „musi” być też dostępny i dla innych. Chodziło się tam jak do kina; były rzędy ławek i nieuchronny w takiej sytuacji … udział w życiu tamtej rodziny. Jako dzieci, w podwójnym kinie czyniliśmy życiowe obserwacje, co pikantniejszymi kawałkami dzieląc się z kolegami. A było czym się dzielić, bo przez rodzinę tę przetoczyło się kilka wątków żywcem z „Cichego Donu” – miłość, zazdrość, podpalenia budynków itp. Z tamtych lat pamiętam serial o dr Ewie.

andy1972

Naukę w szkole średniej, LO nr 19 w Sejnach, rozpocząłem już jako zelektryfikowany obywatel PRL. W szkole szło mi nieźle, chociaż gorzej niż w podstawówce. Przeszkodą było m.in. i to, że kosztem wielu wyrzeczeń całej rodziny, rozwijało się gospodarstwo rolne.

Musieliśmy w tym uczestniczyć. Pamiętam częsty obraz powrotu ze szkoły; mama stoi w drzwiach i pogania do jedzenia obiadu. „Podtekst” miała w drugiej ręce; stare portki do przebrania, gdyż natychmiast po obiedzie trzeba było iść do pracy w gospodarstwie. Dopiero wieczorem, zmęczony miałem szansę zasiąść do robienia lekcji.

W takich wiejskich klimatach żyłem 11 lat i chociaż stanowi to tylko 18% mojego czasu życia, wiem że były to lata najważniejsze, lata formacji osobowości młodego człowieka.

Andrzej Szczudło

Wiktorya Rynkiewicz, polska emigrantka z Jeglówka

Tagi

, , ,

wiktoria

W opisanej wcześniej genealogii Sosnowskich z Krasnopola wymienia się żonę Antoniego Sosnowskiego – Wiktoryę z Rynkiewiczów (patrz: foto obok) poślubioną w 1911 roku w USA. Kim była Wiktorya?

Jej korzenie rodowe sięgają protoplasty rodu Szymona Rynkiewicza (1740- 1820) i Agnieszki Kiemskiej ze Żłobina parafii Krasnopol. Pochodziła z linii rodowej syna Szymona – Wincentego Rynkiewicza i Katarzyny Szeszko. Wincenty był szóstym dzieckiem i szóstym synem. Urodził się 31 stycznia 1784 roku w Żłobinie, ochrzcił go ks. Teofil Wróblewski – pierwszy proboszcz parafii Krasnopol.

Mając 28 lat Wincenty Rynkiewicz wziął za żonę Katarzynę Szeszko, pannę mającą lat 18, urodzoną w parafii wigierskiej (wcześniej Magdalenowo) a zamieszkałą z rodzicami we wsi Jeglinówek parafii krasnopolskiej. Ślub odbył się 22 listopada 1812 roku w Krasnopolu. Małżonkowie po ślubie zamieszkali w Jeglinówku i tam urodziło się sześcioro dzieci: Piotr Łukasz, Sylwester, Wiktorya Rozalia, Anna, Ewa i Magdalena Katarzyna. Tylko dwoje z nich, Piotr Łukasz i Anna, założyli własne rodziny. Sylwester zmarł mając 4 lata, Ewa 2 lata, Wiktorya Rozalia mając 40 lat i Magdalena Katarzyna – 33 lata. Dwie ostatnie pozostały niezamężne i zmarły w tym samym roku. W trzy lata po urodzeniu najmłodszego dziecka, zmarła Katarzyna Rynkiewicz z Szeszków. Osierociła czworo małoletnich dzieci. Miała wówczas 34 lata.

Owdowiały Wincenty podobno wkrótce zawarł kolejne małżeństwo, z nieznaną z nazwiska Małgorzatą. Nie ma w krasnopolskich metrykach ich aktu ślubu a także w akcie zgonu Małgorzaty nie odnotowano nazwiska rodowego. Nie ma również narodzin dzieci z tegoż małżeństwa. Prawdopodobnie Wincenty i Małgorzata wychowywali dzieci z pierwszego małżeństwa. Wincenty Rynkiewicz żył 67 lat, był gospodarzem, jego żona Małgorzata, jak podano w metryce zgonu, miała lat 80, zmarła jako wdowa wyrobnica. Oboje zmarli w 1851 roku. Jeszcze za życia Wincentego i Małgorzaty Rynkiewiczów, ich dzieci Anna i Piotr Łukasz założyli rodziny. Osiemnastoletnią Annę poślubił Józef Ślimkowski z Jeglówka. Piotr mając 29 lat zawarł związek małżeński z 21. letnią Urszulą Wiktoryą Borkowską urodzoną w Czarnej Buchcie, wsi położonej w pobliżu Jeglówka, a zamieszkałą w Żubronajciu. Zaślubiny odbyły się w Krasnopolu. Małżonkowie przez cały czas mieszkali w Jeglówku. Doczekali tam licznego potomstwa tj. dziewięciorga dzieci: czterech córek i pięciu synów. Rodzina liczna, ale niewiele wiemy o losach wszystkich dzieci. W księgach metrykalnych powstała luka wskutek sytuacji po powstaniu styczniowym i represji carskich. Zachowane metryki poświadczają jedynie, że troje dzieci małżonków Piotra Rynkiewicza i Urszuli Borkowskiej pozostało w parafii Krasnopol. Syn Antoni ożenił się z Benedyktą Lipiec z Jeglówka i tam pozostali na gospodarstwie aż do swojej śmierci, drugi syn Mikołaj ożenił się Julią Karłowicz z pobliskiego Gremzdela i również pozostał w Jeglówku a córka Anna wyszła za mąż za Feliksa Karłowicza, brata rodzonego Julii Karłowicz, do Gremzdela. W Jeglówku pozostali, Antoni Rynkiewicz z małżonką Benedyktą z Lipców i Mikołaj z Julią Karłowicz, obaj byli gospodarzami, mieli liczne rodziny. Z małżeństwa Antoniego i Benedykty Lipiec urodziło się dziesięcioro dzieci; sześć córek i czterech synów, z których trzech zmarło bardzo wcześnie. Natomiast z sześciu córek tylko najstarsza Teofila wyszła za mąż, za Dominika Zaniewskiego z Jeziorek Małych. Syn Antoni ożenił się z Honoratą Bałutą ze wsi Boksze Nowe w parafii kaletnickiej i pozostał w Jeglówku aż do śmierci w 1971 roku. Córki Antoniego i Benedykty Lipiec, Stefania i Apolonia zmarły a o Kazimierze, Adeli i Józefie nic nie wiadomo. Mogły wyemigrować do Ameryki ale jak na razie nie udało się tego przypuszczenia potwierdzić.
Mikołaj Rynkiewicz i Julia Karłowicz mieszkali w Jeglówku, urodziło się im sześcioro dzieci.

rynk_wiktoria_1887

Najstarszym dzieckiem tej pary była Wiktorya, tytułowa bohaterka tego tekstu, która jako młoda dziewczyna ruszyła w wir wielkiej emigracji do USA. Z rodzeństwa Wiktorii wieku dorosłego dożyło dwoje z rodzeństwa, siostra Maryanna Pawlina i brat Ludwik, któremu przy chrzcie zmieniono nazwisko na Renkiewicz. Jak na razie nie odkryły się karty ich historii, mamy nadzieję że z czasem tak się stanie.

sosnowski_antoni_ur1881

Wiktorię Rynkiewicz, polską emigrantkę z Jeglówka poślubił w 1911 roku również polski emigrant Antoni Sosnowski z Krasnopola (jego metryka urodzenia powyżej). Małżonkowie doczekali czworga dzieci. Oboje zmarli w USA. Do dnia dzisiejszego żyją w USA ich potomkowie, między innymi wcześniej wspomniana przez Andrzeja Szczudło Karalee Jackman. Jej matka Joan Dorothy Flinders odwiedziła kraj swoich przodków, rodzinę swego dziadka Antoniego Sosnowskiego w Krasnopolu. Podróż i spotkanie opisała w książce pt. „The Life Story of Joan Dorothy Flinders” wydanej w 2013 roku. Niestety nie wspomniała o swojej babce Wiktorii z Rynkiewiczów. Być może w czasie pisania nie miała wiedzy genealogicznej o Rynkiewiczach z Jeglówka.
W opisanej historii Rynkiewiczów z Jeglówka przemiennie używa się nazwy Jeglinówek i Jeglówek. Prawdopodobnie dotyczy to jednej i tej samej wsi, wcześniej zwanej Jeglinówkiem a później Jeglówkiem.

targeo_krasnopol

Linia rodowa Wiktorii Rynkiewicz

Szymon Rynkiewicz (1740-1820) + Agnieszka Kiemska ->> Wincenty Rynkiewicz (1784-1851) + Katarzyna Szeszko (1794-1828) ->> Piotr Łukasz Rynkiewicz (1813-1890) + Urszula Wiktorya Borkowska (1821-1890) ->> Mikołaj Rynkiewicz (1859- 1920) + Julia Karłowicz (1859-1945) ->> Wiktorya Rynkiewicz (1887- 1973) + Antoni Sosnowski ( 1881- 1959) ->> Julia Helen Sosnowski (1917-1992) + James Henry Robertson (1916-1986) ->> Joan Dorothy Robertson + Nell J. Flinders.

Na podstawie dostępnych metryk  opracowała:

Lucyna Panasewicz z Rydzewskich z Krasnopola

Lider Dominik

Tagi

, ,

Na drzewie genealogicznym mam już ponad 2200 osób, powiązanych ze sobą więzami krwi i powinowactwa, w tym statystyczne 50% czyli 1100 mężczyzn. Jednak tylko trzech z nich wybrałem jako liderów rodzin. Są to Józef Rynkiewicz, Paweł Szczudło i Dominik Buchowski. Jakiś czas temu opisałem Józefa, nazywając go „samcem alfa”, usilnie pracuję już nad historią Pawła a teraz porcję ciepłych słów chciałbym przeznaczyć dla Dominika. Pisząc o swoich Buchowskich generalnie, wspomniałem kiedyś, że Dominik „był szczególnie zdeterminowany w budowaniu rodziny”. Koronny argument to jego trzy żony, co chyba nie zdarzyło się nikomu innemu na moim drzewie genealogicznym.
Dominik był jednym z czworga dzieci Antoniego, pierwszego Buchowskiego na Sejneńszczyźnie. Jako trzeci z kolei urodził się około 1818 roku w Radziuciach, w domu gospodarza Gausy, u którego kilkanaście lat mieszkał z żoną Krystyną z Pawłowskich i dziećmi jego ojciec Antoni Buchowski (1769- 1847).

 

buchowski_franc_1837

Z analizy metryk, jedynego dostępnego mi źródła wiedzy na temat tej rodziny, wynika, że już w wieku 18 lat czyli w roku 1836 Dominik Buchowski ożenił się ze starszą o 4 lata Antoniną Luty, panną z Półkot. W pełny rok po ślubie, w grudniu 1837 roku młodemu małżeństwu Buchowskich rodzi się syn Franciszek. W akcie chrztu (patrz: foto powyżej) ojciec dziecka Dominik figuruje jako gospodarz z Gawienianc, a sąsiedzi ze wsi Antoni Jakulanis i Marcella Jakulanisowa są chrzestnymi. Jakulanisowie, występujący w niektórych metrykach także jako Akulanisowie aby po latach stać się konsekwentnie Okulanisami, będę sąsiadami Buchowskich, a także powiązanymi przez małżeństwa przez 200 kolejnych lat.
Swoją pierwszą żoną Antoniną Dominik cieszył się niespełna półtora roku. Zmarła mu 3 kwietnia 1838 roku zostawiając męża z kilkumiesięcznym dzieckiem. Jednak swatowie nie zaspali, pomoc nadeszła szybko, już po półtora miesiąca. 20 maja 1838 r. młody wdowiec ożenił się ponownie, tym razem z Elżbietą Jachimowicz z Puniszek, podobnie nieszczęśliwą jak on, dwudziestoletnią wdową po Marcinie Pietranisie, z którym przeżyła w związku 2,5 roku. Drugie małżeństwo Dominika trwało 7 lat, w którym to czasie urodziło się dwoje dzieci. W sierpniu 1839 roku przyszedł na świat syn Wincenty, a w kwietniu 1845 – córka Agata. Elżbieta Buchowska zmarła przy porodzie Agaty. Jak wynika z metryk, w roku 1845 Dominik zostaje wdowcem po raz drugi z trojgiem małoletnich dzieci. Nie poddaje się jednak i już po trzech miesiącach żeni się po raz trzeci. Jego wybranką zostaje Katarzyna Soroka z Zaleskich. Trudno dziś wyobrazić jakich argumentów używał dwukrotny wdowiec z trójką dzieci aby namówić do małżeństwa młodszą o parę lat pannę? Niemniej stało się to faktem w rocznicę bitwy pod Grunwaldem, 15 lipca 1845 roku.

buch_domina_dzieci

W niedługim czasie po ślubie Dominik i Katarzyna Buchowscy przeprowadzają się kilka kilometrów dalej, do Łumbii. Od tego czasu po dziś dzień Łumbie są drugim po Gawieniańcach gniazdem rodziny Buchowskich. Nie jest wyjaśniona zagadka, skąd młoda para wzięła pieniądze na gospodarstwo; czy był to posag Katarzyny czy może potwierdza się tu zapamiętana w rodzinie opowieść o złotym skarbie przywiezionym przez Antoniego z wojny napoleońskiej? W nowym gnieździe uwitym w Łumbiach, z regularnością co 2- 3 lata rodzi się kolejnych 8 dzieci Dominika, sześciu synów i dwie córki, co zajmuje małżonkom 21 lat (od 1849 do 1868 roku). Żywotny jak mało kto Dominik przeżywa również swoją trzecią żonę, Katarzynę, która opuszcza go w czerwcu 1879 roku, kiedy najmłodsze z jej dzieci, syn Józef ma zaledwie 11 lat. Dominik żyje samotnie (nie znalazłem w metrykach żadnej informacji o czwartej żonie) jeszcze 14 lat. Umiera w Zaleskich, rodzinnej wsi swojej żony Katarzyny 9 października 1893 roku w wieku siedemdziesięciu kilku lat (nie jest znana data urodzenia – braki metryk). Zachowany we wdzięcznej pamięci swoich potomków, przeszedł do historii jako lider rodziny i założyciel tzw. łumbiańskiej linii Buchowskich.
Andrzej Szczudło

buch_janek

 

Na zdjęciu Jan Buchowski ze Skarkiszek k. Puńska, jeden z potomków Dominika Buchowskiego. Jego męska linia genealogiczna przedstawia się następująco:

Jan ur. 1953 Pius (1913- 1999) Józef (1886- 1918) Dominik (1857- 1936) Dominik (1818- 1893) Antoni (ok. 1769- 1847).

Sosnowscy z Krasnopola

Tagi

, ,

Historia rodu Sosnowskich w Krasnopolu zaczyna się na początku XIX wieku, kiedy to za sprawą ożenku osiedlili się tu Wojciech (1771- 1833) i Michał Sosnowscy (ok. 1772 – ?). Prawdopodobnie przybyli po 1792 roku, ponieważ w spisie mieszkańców miasta Krasnopol z tego roku nazwisko takie się nie pojawiło. Żoną Michała była Katarzyna Poźniak a Wojciecha Łucja Preczkajło, córka Pawła. Obie wybranki Sosnowskich pochodziły z rodzin, które osiedliły się na tych ziemiach tuż po założeniu Krasnopola. Wojciech Sosnowski urodził się w parafii Suwałki, ale niestety, w księgach metrykalnych nie zachowała się jego metryka urodzenia, którą dostarczył przed drugim ślubem. Informuje o tym jedynie skromny zapis w metryce ślubu. Wojciech Sosnowski z rodziną mieszkał w Krasnopolu przy ulicy Żłobiańskiej, a następnie przy Grodzieńskiej, natomiast Michał przy ul. Wysokiej. W 1812 roku pojawił się w Krasnopolu Antoni Sosnowski, który przybył tu również za sprawą ożenku, a urodzony był we wsi Brody parafii suwalskiej. Antoni mieszkał przy ul. Kalwaryjskiej, krótko bardzo, bo już w rok po ślubie zmarł. Być może Wojciech i Michał też pochodzili z tej samej wsi, jednak nie ma co do tego pewności. Oprócz Krasnopola rodzina o tym nazwisku zasiedlała również wieś Gremzdy Polskie w parafii krasnopolskiej. Potomkowie Sosnowskich z Krasnopola i z Gremzdów Polskich przetrwali do czasów współczesnych.

rynk_wiktoria1887

Akt urodzenia Wiktoryi Rynkiewicz

Z małżeństwa Wojciecha i Łucji urodziło się sześcioro dzieci, z których pięcioro zmarło dość wcześnie. Pozostała jedynie córka Dorota Franciszka. Kiedy miała 3 lata zmarła jej matka Łucja Sosnowska z Preczkajłów licząca około 40 lat. Wojciech ożenił się po raz drugi, z panną z Krasnopola, Zofią Kibisz. Z drugiego małżeństwa urodziło się troje dzieci: Maciej, Magdalena i Kazimierz Józef. Małżeństwo Wojciecha i Zofii trwało 12 lat i zakończyło się śmiercią Wojciecha, który miał wtedy około 62 lata. Pozostały po nim dzieci: Dorota – 15 lat, Maciej – 11, Magdalena – 9 i Kazimierz Józef – 6 lat. Nieznane są losy tej rodziny po śmierci ojca. Wiadomo tylko że Dorota, córka z pierwszego małżeństwa, była służącą w Krasnopolu. Kiedy miała 25 lat poślubił ją Jan Węgrzynowicz, młodzieniec z Krasnopola. Przez kolejne 12 lat Zofia Sosnowska z Kibiszów pozostała wdową, zmarła mając około 55 lat. W metryce zgonu odnotowano, iż utrzymywała się z pomocy dzieci, których pozostawiła troje. Jak widać nie uwzględniono czwartego dziecka, Doroty z pierwszego małżeństwa. Być może macocha i przyrodnie rodzeństwo traktowali ją „inaczej”. W chwili zejścia Zofii, dzieci Maciej i Magdalena mieli już założone własne rodziny, Kazimierz Józef ożenił się w dwa lata po śmierci matki.
Maciej Sosnowski żonaty z Franciszką Santor mieszkał w Krasnopolu. W małżeństwie przeżył 11 lat. Mając 31 lat zmarł. Pozostawił po sobie potomstwo. Jego owdowiała żona Franciszka z Santorów wyszła za mąż za Mateusza Nowela z Wysokiego Mostu.
Magdalena Sosnowska poślubiona przez Józefa Bogdanowicza z Frącek przeniosła się na gospodarstwo męża. W Krasnopolu pozostał Kazimierz Józef Sosnowski w dalszych metrykach zapisany jednym imieniem Józef. Nie ma wątpliwości, że dotyczy to jednej i tej samej osoby.

Józef Sosnowski w 1846 roku poślubił Magdalenę Annę Możejko, pannę z Krasnopola o rodowodzie najstarszych mieszkańców Krasnopola. Jako ciekawostkę należy dodać że w załączniku do aktu założenia Krasnopola odnotowano osiedlenie się pradziadka Magdaleny;
„Adnotacyja słobody objętej mieszczan krasnopolskich.
Primo z roku 1770 od dnia 24 Junii na placu rynkowym Antoni Suborniski, na placach ul. Rudomińskiej Daniel Czurkowski, Jerzy Sakowicz, Piotr Popowicz, Jan Rogowski, Bartłomiej Makarewicz i Stefan Preczkayło. Na placach ul. Sejneńskiej- Michał Grzędziński, Maciej Poźniak.
Secundo z roku 1771 od dnia 24 Junii na placach rynkowych Jan Chrapowicki, Maciej Krotoszyński, Maciej Januszkiewicz. Na placach ulicy Sejneńskiej Jerzy Kierszewicz, Stefan Rupiński, Józef Dyciewski, Wojciech Dyciewski, Marcin Poźniak. Na placach ulicy Wigierskiej Kasper Możeykanis….”
Prawdą jest, że w powyższym dokumencie rachmistrz Antonio Wołkowycki zniekształcił nazwisko pradziadka Magdaleny. Niezaprzeczalnie prawidłowo brzmiało ono „Możejko”, ponieważ w takiej wyłącznie wersji jest ono zapisane we wszystkich metrykach z późniejszych okresów.
Józef i Magdalena Sosnowscy mieszkali w Krasnopolu, byli gospodarzami. Z ich małżeństwa urodziło się dziesięcioro dzieci, które niestety umierały już w wieku dziecięcym. Przy życiu pozostało tylko dwoje, Adam i Teressa. To one założyły własne rodziny, Teressę poślubił Antoni Bazylewicz z Remieńkinia w parafii wigierskiej, natomiast Adam zawarł pierwszy związek małżeński z Franciszką Szymańską urodzoną w Remieńkiniu. Z pierwszego małżeństwa urodził się syn Józef, którego los nie jest znany do 1910 roku. Jego matka Franciszka zmarła po niespełna trzech latach małżeństwa. Adam Sosnowski został wdowcem i wtedy zawarł drugi związek z Dominiką Grzędzińską z Pawłówki parafii krasnopolskiej. Z tego małżeństwa urodziło się pięcioro dzieci, w tym Antoni, który jako dorosły mężczyzna wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam ożenił się z emigrantką z Jeglówka, Wiktoryą Rynkiewicz, córką Mikołaja i Julii Karłowicz. Małżonkowie doczekali potomstwa, tam też pozostali do końca swego życia. Dalsze losy tej rodziny opisane w genealogii linii rodowej Wiktoryi Rynkiewicz.

sosnowski_grave

Pomnik nagrobny Antoniego i Wiktoryi Sosnowskich

Druga małżonka Adama, Dominika z Grzędzińskich zmarła po 17 latach małżeństwa. Jego ponowne małżeństwo, trzecie z kolei zawarte z Teodorą Wiktoryą Mackiewicz doczekało czworga dzieci.
Powyższa genealogia została opisana na podstawie metryk do 1910 roku. Dalsze losy potomków Adama Sosnowskiego znane są jego bliższej rodzinie.

Lucyna Panasewicz, lucynapanasewicz@wp.pl

lucyna_panasewicz

Autorka powyższego opracowania, Lucyna Panasewicz urodziła się i wychowała w Krasnopolu, mieszka w Sokółce. Pochodzi z rodziny Rydzewskich, która w ciągu prawie 250 lat wspólnej historii kilkakrotnie kojarzyła się z Rynkiewiczami. Jest żoną, matką i babcią. Od połowy 2014 roku, kiedy przeszła na emeryturę, całkowicie oddana genealogii rodzin krasnopolskich, przede wszystkim Rydzewskich i Rynkiewiczów, ale także Daniłowiczów, Dawidowiczów oraz Izbickich.

Kuzynka Karalee odszukana

Tagi

,

W pogoni za Rynkiewiczami z całego świata, ufny w nieograniczone możliwości Internetu, gdzieś przed 2007 rokiem, trafiłem na Karalee Jackman z Utah, USA. Oczywiście miała polskie korzenie, oczywiście z Rynkiewiczów. Nie wiedzieliśmy jednak czy z naszych? Karalee prezentowała się jako idealna mama sporej gromadki dzieci, trzech chłopaków i dwóch dziewczynek. Zainteresowana fotografią, w 2008 roku uruchomiła stronę internetową, łączącą jej hobby z genealogią rodzinną.

dzieci-rynk


W trwającej kilka lat sympatycznej korespondencji poznaliśmy who is who, ale niestety nie znaleźliśmy dowodów na wspólnego przodka. Ze względu na hakerskie włamanie na moje konto pocztowe prowadzone w bezpiecznej z pozoru domenie yahoo.com, utraciłem wszystkie jej maile. W ten sposób w jednej chwili kontakt z potencjalną kuzynką został stracony. Bardzo ubolewałem nad tym, al nic nie mogłem zrobić. Pocieszałem się tym, że wykazałem roztropność drukując wcześniej niektóre z nich. Był tam jej adres, ale na moje zapytania z innego, nieznanego jej adresu nie odpowiadała. Może zawinił program antyspamowy, który pocztę od kontaktów spoza oficjalnego adreśnika odrzucał do spamu, myślałem. Niezależnie od tego, od czasu do czasu ponawiałem próby kontaktu. Ostatnio miało to miejsce przed rokiem, kiedy dzięki pomocy Lucyny Panasewicz wyjaśniła się relacja rodzinna Karalee z naszymi Rynkiewiczami. Od tego czasu mamy pewność, że to nasza daleka krewniaczka.

antoni-victoria-sosnowski-julia-and-joan

Babcią Karalee była Wiktoria Rynkiewicz (1887- 1973), która w 1911 r. w Connecticut wyszła za Antoniego Sosnowskiego (1881- 1959). Obojga widzimy na zdjęciu obok. Rodzice Wiktorii to Mikołaj Rynkiewicz (1859- 1920) i Julia Karłowicz (1858- ?). Amerykańscy potomkowie Wiktorii mało mieli informacji o rodzinie w Starym Kraju, ale przypuszczali, że pochodzi z Suwalszczyzny. W poszukiwaniu rodzinnych korzeni nie pomagało im to, że potomkowie nazwiska pionierki używali w wersji „Renkwicy” lub „Renkiewicy”. Dopiero w ostatnich latach odkryli, że oryginalna pisownia powinna brzmieć: „Rynkiewicz”. Mając takie dane podjęli energiczne działania w kierunku odszukania polskich krewniaków. W maju 2013 r. do Polski wybrała się matka Karalee wraz z jej siostrą. Wynajęły profesjonalnego genealoga, z którym odwiedziły Archiwum Państwowe w Suwałkach. Udało im się znaleźć tam metryki licznych członków rodziny, o których istnieniu do niedawna nie mieli pojęcia. Nie poniechali także próby spotkania ich w Krasnopolu i okolicach. Tak więc po latach wyjaśniły się losy rodziny z obu stron. Wątki amerykańskie są już opisane po angielsku i wkrótce na ich podstawie zamierzam podzielić się nimi z czytelnikami bloga.

Niezależnie od odkryć Amerykanów i ich wizyty w Polsce, na podstawie odszukanych metryk, tablice genealogiczne Wiktorii Rynkiewicz i Antoniego Sosnowskiego sporządziła Lucyna Panasewicz, dzięki czemu można było potwierdzić „podejrzenie” o pokrewieństwo sprzed lat. John J.Rynkiewicz z Bufallo pomógł ponownie nawiązać kontakt z Karalle Jackman. Tak więc wysiłkiem wspólnym kilku osób udało się odtworzyć nieznane wątki historii rodziny Rynkiewiczów z Krasnopola, zarówno te po polskiej jak i amerykańskiej stronie.

Andrzej Szczudło

Żebraczka w rodzinie

Tagi

, ,

Decydując się na opracowywanie genealogii własnej rodziny trzeba być gotowym na niespodzianki, niektóre nawet przykre. Chęć poznania prawdy ma bowiem swoją cenę.
Przekonałem się o tym niedawno, kiedy szukając w metrykach potwierdzenia dla opowieści mamy o bojarskim pochodzeniu jej przodków Buchowskich, trafiłem na żebraczkę. Takim zaskakującym mianem w metryce nr 3 z 31 grudnia 1854 roku ksiądz B.Billewicz z parafii sejneńskiej określił Mariannę Urbanowicz. Jej nazwisko po mężu ledwie od kilku miesięcy akceptowałem na swoim drzewie. Odkryłem bowiem, że najstarszy nasz przodek z Buchowskich na Sejneńszczyźnie, Antoni spod Mariampola, oprócz trzech synów miał córkę. Potem znalazłem jej metrykę ślubu i już z nazwiskiem po mężu, jako Marianny Urbanowicz szukałem w kolejnych rocznikach metryk. Spodziewałem się gromadki dzieci, wnuków, gałązki wiodącej do dzisiejszych czasów, a tu nagle niespodzianka. Żebraczka!

zegary

Póki nie mieliśmy samochodów, wyjazd z Zagówca do odległych o kilka kilometrów Żegar był wyprawą. Nie było to po drodze do miasteczka, sklepu czy kościoła. Po rewolucji „maluchowej” było już tylko lepiej. Na zdjęciu; stryjek Marian Szczudło z rodziną przy drewnianym jeszcze kościele w Żegarach (koniec lat siedemdziesiątych).

W treści metryki zgonu pechowej, bo zmarłej młodo i w Sylwestra parafianki, ksiądz Billewicz pisze, że zmarła urodzona w Radziuciach miała lat 44, a zgłaszający zgon Michał Buchowski, gospodarz we wsi Gawieniance, był jej rodzonym bratem. Brat gospodarz, a siostra żebraczka. Smutne to i źle świadczy o ówczesnych relacjach rodzinnych. Nie bardzo uspokajają mnie komentarze kolegów genealogów, że w tamtych czasach za żebraków uznawano osoby bez źródeł stałego dochodu.
Marianna Urbanowicz mieszkała w Żegarach (3 km od Gawieniańc), pozostawiła po sobie owdowiałego męża Wawrzyńca Urbanowicza. Szkoda, że nie ma tu wzmianki o dzieciach. W tych samych mniej więcej czasach, za oceanem praktykowano publikowanie w lokalnej prasie nekrologów, w których mieścił się wykaz i krótki opis wszystkich osieroconych osób; małżonka i dzieci. Po latach lżej mają genealodzy, którzy mogą dotrzeć do takich nekrologów.

Andrzej Szczudło

Nie zdążyłem…

Tagi

,

Śpieszmy się pytać ludzi… tak szybko odchodzą!
Wielu genealogów w rozmowach przyznaje, że za genealogię wzięli się zbyt późno, że przegapili szansę wypytania swoich starszych krewnych czy znajomych o rodzinne korzenie. Mimo, że pasja poszukiwania przodków ogarnęła mnie już dawno temu, i ja wpisuję się na listę tych, którzy nie zdążyli.
Nie zdążyłem wykorzystać wiedzy swojego Dziadka Jana Szczudło, który zmarł w 1969 roku. Kończyłem wtedy szkołę podstawową i nie pomyślałem, że niektóre lekcje powinienem odrabiać z niepiśmiennym Dziadkiem. Może dowiedziałbym się przy okazji o jego dzieciństwie, przeżywanym u progu Rewolucji Październikowej pod rosyjskim zaborem, o dwóch wojnach, które jako urodzony w 1898 roku, Dziadek musiał przeżyć. Może, po zaskarbieniu zaufania, Dziadek powiedziałby mi o Katyniu, który do dziś leży cieniem na relacjach polsko- rosyjskich? Nikt nie śmiał mi o tym wspomnieć zanim nie wyjechałem na zachód Polski, by tam zamieszkać. Być może rozmiękczony moją ciekawością Dziadek opowiedziałby także o swoich tajemniczych relacjach z Cyganami. Wiem, że miał w taborze przyjaciela – kolegę, który odwiedzał go kiedy tabor, jak co roku zatrzymywał się w pobliskim borku. Na czym polegała ta relacja, kiedy i w jakich okolicznościach przyjaźń ta została zawarta, już nigdy się nie dowiem. Już nie odpowie mi Dziadek na rewelacje znajdywane teraz w metrykach, czy miał świadomość, że był dziesiątym dzieckiem swoich rodziców i co się stało z ósemką poprzednich? Wychowując się przez 8 lat tuż obok niego, nigdy nie słyszeliśmy słowa na ich temat. Znana była tylko jego siostra Kazimiera, poprzedzająca go na liście 10 dzieci swoich rodziców. Mieszkała w tej samej wiosce, w Zagówcu, ledwie kilkaset metrów od niego. Dziadek Jan wychował się i żył wśród Litwinów, ale na pytanie czy znał język litewski, nikt jasno nie może odpowiedzieć. Pewnie nikt nie zapytał, kiedy był czas.
Moja mateczna Babcia, Weronika Buchowska żyła długo, bo aż 87 lat. Mieszkała niedaleko nas i od czasu do czasu mieliśmy okazje do spotkań. Opowiadała różne dziwne historie, które uznawaliśmy za raczej nieprawdziwe. Dopiero jako człowiek dorosły, oświecony wiedzą o Powstaniu Sejneńskim 1919 roku, zrozumiałem, że Babcia o tym właśnie opowiadała. Jako młoda panienka była wciągnięta w wir zbrojnych zmagań Polaków z Litwinami o Sejny. Opatrywała rannych powstańców i traumatycznymi opowiadaniami z tych zdarzeń chciała się z nami dzielić. Miałem piątkę z historii, ale nigdy nie słyszałem o Powstaniu Sejneńskim, więc trudno było mi uwierzyć, że Babcia nie fantazjuje.
W prezentacji multimedialnej, którą kilka lat temu przygotowałem na użytek spotkań popularyzujących genealogię, jakie zdarza mi się prowadzić w okolicznych bibliotekach, uniwersytetach trzeciego wieku i podobnych instytucjach, już na wstępie zwracam uwagę na fakt, że „za genealogię ludzie biorą się zbyt późno, kiedy naturalne źródła wiedzy (czytaj: przodkowie) już odeszły…”. Słuchacze przeważnie przyznają mi rację, bo czują to po sobie.
Aby nie kończyć artykułu w minorowym tonie, powiem, że mam też w swojej aktywności przypadki, kiedy podchodząc roztropnie, zachowałem dla potomnych ciekawe wspomnienia. Używając intuicji, która ku zaskoczeniu kobiet, zdarza się i u mężczyzn, w czas zadbałem o utrwalenie cennych wspomnień i opowiadań.

zofnamioko

Pamiętam odwiedziny u mojej cioci Zofii Namiotko (1923- 2009, na zdjęciu), regionalnej artystki ludowej z Sejneńszczyzny, wielokrotnie nagradzanej na przeglądach i konkursach. Była już poważnie chora, gdy wybrałem się do niej na rozmowę. Kiedy włączyłem dyktafon, nie oponowała, a nawet chyba tym zachęcona, opowiadała dużo i nawet zaśpiewała mi kilka piosenek. Zmarła kilka miesięcy później, a ja wtedy podzieliłem się swoim nagraniem z jej najbliższą rodziną. Bardzo byli mi wdzięczni, bo sami nigdy nie mieli odwagi, aby odsłaniając śmiałą myśl, że kiedyś jej zabraknie, włączyć dyktafon.
Niewątpliwym moim sukcesem jest także fakt, że oswoiłem z dyktafonem moich rodziców. Na początku obserwowałem u nich zachowanie bardzo typowe; kiedy włączałem dyktafon, usztywniali się, kontrolowali, nie mówili spontanicznie. Teraz jest inaczej. Kiedy zaczynają opowiadać historie o czasach przede mną, o wydarzeniach, których ja nie mogłem znać, proszę o przerwę i szukam dyktafonu. Za chwilę wracamy do rozmowy i dyktafon nikogo już nie krępuje. Z pewnością mają świadomość i akceptują to, że w ten prosty sposób przechodzą do rodzinnej historii.
Andrzej Szczudło

Pierwszy w Ameryce?

Tagi

, , ,

Historia rodziny Rynkiewiczów umownie nazwanych przeze mnie krasnopolskimi, zaczyna się w połowie XVIII wieku, około 1750 roku, kiedy to urodził się Szymon Rynkiewicz. Dotąd miejsce jego urodzenia jak i pochodzenia całej linii nie są znane. Zarówno mi jak i innym osobom, które zgłębiały genealogię Rynkiewiczów z Sejneńszczyzny nie udało się znaleźć wcześniejszych metryk. Domyślamy się jedynie, że Szymon mógł pochodzić z terenu dzisiejszej Litwy. Trudno powiedzieć w jakich okolicznościach, z jakiego powodu i kiedy pojawił się pod Sejnami. Wiadomo jednak, że pierwsze swoje kroki skierował do wsi Wiłkokuk, położonej niedaleko Berżnik, tuż przy dzisiejszej granicy polsko- litewskiej. To tam około 1767 roku urodziło się pierwsze z jego ośmiu dzieci (sami synowie), syn Kazimierz i być może dwóch następnych – ok. 1770 r. Józef i ok. 1774 r. Antoni. Kolejne dzieci, wnuki i dalsze pokolenia rodziły się już w innych miejscowościach sukcesywnie zasiedlanych przez Rynkiewiczów. Do najbardziej znanych należą; Żłobin, Krasnopol. Orzechowo, Stabieńszczyzna, Jeglówek.

kościół

kościół w Krasnopolu

Dobre sto lat po urodzeniu Szymona, Rynkiewiczów było na Sejneńszczyźnie stosunkowo dużo, ale nie wiemy czy to tylko ten fakt nadmiernego zagęszczenia i bieda rosnąca wraz z kolejnym podziałem majątku sprawił, że niektórzy z nich pomyśleli o emigracji do Ameryki. Być może rzeczywistym powodem było coś innego; represje carskie po powstaniu styczniowym 1863 roku czy może nowa moda? Faktem jest, że zaczęli wyjeżdżać. Pierwszym z nich był Feliks Rynkiewicz (1845- 1904), syn Józefa (1820 – ??) i Wiktorii Tarleckiej (1817- ??), ale to to jego młodszy brat Józef, urodzony 15 marca 1848 roku doszedł tam do najwyższych funkcji i zaszczytów.

rynk_jozef_family

Józef emigrował do Ameryki w 1872 roku. Najpierw trafił do Gilberton w stanie Pensylwania, potem na krótko do miejscowości Lansing w stanie Michigan, aby ostatecznie osiąść w górniczym miasteczku Shenandoah, Pensylwania, które w owym czasie przeżywało rozkwit. Złoża węgla kamiennego w regionie i zapotrzebowanie na węgiel sprawiły, że w krótkim czasie liczba ludności Shenandoah wzrosła z 5 do 20 tysięcy osób. Józef znalazł tam swoje miejsce na resztę życia. Najpierw pracował jako górnik, ale po wypadku w kopalni, który miał miejsce w 1882 roku, zmienił zajęcie. Po rocznej rekonwalescencji, w 1883 roku zaczął prowadzić sklep spożywczy, a potem był agentem okrętowym i wspólnie z bratem Feliksem zajmował się sprzedażą nieruchomości. Był tam pionierem a inni podążali za nim, uruchamiając różne interesy; tawerny, sklepy, fabryki butelek itd.

Rynkiewicz Józef

Około roku 1878, a więc 6 lat po przybyciu do Ameryki, Józef ożenił się z trzy lata młodszą od siebie Anielą Jankowską, córką Antoniego i Józefiny. Aniela urodziła się 4 marca 1851 r. w Kalwarii na ówczesnej Suwalszczyźnie (dziś to teren Litwy). Biorąc więc pod uwagę ogrom przestrzeni oceanicznej, jaką w drodze do Ameryki oboje pokonali, była więc w Starym Kraju niedaleką sąsiadką Józefa (42 km dzieli Krasnopol od Kalwarii). Trudno jednak po latach powiedzieć czy znali się zanim wyjechali za granicę. Sądząc po nagrobkach na cmentarzach w Shenandoah (cmentarzy jest tam aż 10; polski, litewski, itd. ), po informacjach wydobywanych po latach z amerykańskich archiwów, nasi Rynkiewiczowie nie czuli się tam sami. Cmentarze aż roją się od nazwisk typowych dla regionu, z którego pochodzili. Józef Rynkiewicz miał tam dwóch starszych braci, Feliksa z żoną Dominiką Andruczyk i Jana Jerzego (1841- ??) ożenionego z Elżbietą Łukaszewicz (1836- 1921), a jego żona Aniela siostrę – Antoninę ur. 12.03.1858 r., która wyszła za Michała Makarewicza. Był tam jeszcze bliżej nieokreślony szwagier Franciszek Luto.

W górniczym miasteczku Shenandoah, które lata świetności ma już za sobą, do dziś kultywuje się związki z Sejneńszczyzną, o czym może świadczyć chociażby fakt, że Shenandoah nazywano „Małą Litwą”. Jak Powiat Sejneński jest największym skupiskiem Litwinów w Polsce, tak w Shenandoah amerykańskich Litwinów było najwięcej. Wyczytałem to na tablicy umieszczonej w centrum miasta. Napis głosi:


Mała Litwa. Centrum osadnictwa litewskiego od końca lat 1800. Społeczność powiatu Schuylkill miała największe skupienie litewskiej diaspory w USA. Wielu z tych emigrantów przyciągnął przemysł węglowy. Miejscowi rycerze Litwy, zgodnie z najstarszymi tradycjami zachowują i celebrują jej narodowe dziedzictwo. Andrius Stupinskas, który założył jedną z pierwszych kongregacji litewskich katolików Ameryki (1872) pochowany jest na cmentarzu Świętego Grzegorza.”

rynki_jozef2

Józef Rynkiewicz pracowicie spędził życie w swojej drugiej ojczyźnie, zostawiając tam trwały ślad. Możemy przeczytać o tym w opracowaniu pt. Polacy w Shenandoah autorstwa siostry zakonnej M.Accursia, gdzie nasz Józef Rynkiewicz wymieniany jest jako jeden z pierwszych. Więcej o jego osobie jak i dokonaniach mówi nekrolog zamieszczony 29 czerwca 1928 roku w lokalnej gazecie. Jego treść w tłumaczeniu własnym cytuję w pełnym brzmieniu.

joseph_rynkiewicz_obit_fri_06291928_pg12

Ś m i e r ć  j e d n e g o  z  l i d e r ó w  m i a s t a

Józef Rynkiewicz, prominentny urzędnik bankowy i były handlowiec.

Józef Rynkiewicz w wieku 80 lat, jeden z reprezentantów biznesu Shenandoah i najstarszych mieszkańców krótko po godzinie 13.00 zmarł w swoim domu nr 125 przy South Main Street. Pan Rynkiewicz zachorował kilka miesięcy temu, ale jego stan zdrowia nie był zły, aż do końca kwietnia, kiedy to trafił do łózka i zaczął stopniowo słabnąć, aż do dzisiejszego zejścia. Zmarły przybył do Shenandoah z Polski 56 lat temu (1872 r. – przypis mój). W 1880 roku Rynkiewicz wszedł do biznesu spożywczego pod powyższym adresem, kontynuując go aż do śmierci. Był jednym z założycieli Citizens National Bank i przez wiele lat pełnił funkcję prezesa. Pozycję tę utrzymał aż do śmierci. Był także założycielem Citizens Society (stowarzyszenie obywatelskie) i wielu innych organizacji. Należał do wspólnoty kościelnej parafii Św. Stanisława. Pan Rynkiewicz jako jeden ze skromnych i spokojnych ludzi cieszył się wielkim poważaniem. Był biznesmenem w każdym calu, całkowicie oddanym sprawom biznesu, co czyniło go jednym z wyróżniających się postaci społeczności lokalnej. Pozostawił po sobie żonę Amelię i następujące dorosłe już dzieci;

Sarah L. – w domu gdzie mieszkał, dr Stanleya w Kongston, Elizę – nauczycielkę, dyrektorkę szkoły podstawowej, Z.F. – powszechnie znanego adwokata, Vondę C. w Allentown i dr Josepha B. Rynkiewicza z New Bloomfield.

Tytułowe pytanie o pierwszego Rynkiewicza w Ameryce ma dwie odpowiedzi; pierwszym kalendarzowo, który postawił stopę na indiańskim kontynencie był Feliks Rynkiewicz, ale pierwszym pod względem rangi niewątpliwie był Józef Rynkiewicz.

Tekst przygotowany na podstawie materiałów Johna Noela Latzo z Chalfont, PA, który miał ojca Słowaka, ale matkę z Rynkiewiczów. Analizując nasze relacje genealogiczne uznał, że jesteśmy krewnymi w jedenastym pokoleniu.

Andrzej Szczudło

 

O dziadku pieśń…

Tagi

,

Stanisław Buchowski (1903 – 1945)
Urodził się 4 maja 1903 roku z ojca Michała (1856- 1942) i matki Teresy z Malinowskich (1865- 1935) pochodzącej z Romanowców k. Krasnopola).
Michał Buchowski był gospodarzem we wsi Gawieniance, od dawna zasiedlonej głównie przez rodzinę Buchowskich i Okulanisów. W przekazach ustnych sugerowano, że protoplaści tych rodzin dali początek wsi.
Stanisław wychowywał się w ojczystej wsi, podobnie jak cała siódemka jego rodzeństwa, 5 starszych (Anna, Antoni, Weronika, Wincenty, Agata) i 2 młodszych (Władysława, Józef).

stach-buchowski-2

Nie uczęszczał do szkół, ale ojciec zapewnił mu naukę w domu. Na okres zimy w domu Michała Buchowskiego kwaterował nauczyciel, który uczył czytać i pisać wszystkie dzieci w domu.
Okres młodzieńczy przypadł Stanisławowi na czas I wojny światowej; miał 11 lat, kiedy wybuchła, a 15 kiedy się kończyła. Jednak nigdy dzieciom o niej nie wspominał.

stach-buchowski

Do wojska trafił już po wojnie. Służył w żandarmerii wojskowej, najprawdopodobniej w Suwałkach, z czego pozostało zdjęcie w rodzinnym archiwum. W mundurze jego smukła sylwetka prezentowała się doskonale.

Po wojsku zamieszkał Stanisław w rodzinnej wsi. Zaangażował się w działalność Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej przy parafii sejneńskiej. Należał też do grupy teatralnej i do chóru, w którym odgrywał niepoślednią rolę. Jak wspomina córka Jadwiga, jego talent muzyczny i wyjątkowa skala głosu pozwalały śpiewać różnymi głosami. Dyrygent chóru, którym był Bronisław Jesionowski często korzystał z konsultacji ze Stanisławem, kiedy miał wątpliwości w kwestiach muzycznych. Poza chórem Stanisław zyskał sławę śpiewaka pogrzebowego, gdzie często proszony był też do prowadzenia różańca.

W SMK Stanisław poznał Weronikę Węgrowską (1902- 1989), z którą wziął ślub w dniu 29 października 1928 roku. Niestety jego partnerka nie była akceptowana przez teścia, gdyż była osobą bez majątku, z miasta. Michał Buchowski, ojciec Stanisława wyprawił synowi wesele, ale odmówił uposażenia go na majątku rodzinnym, więc pan młody zaraz po ślubie musiał się z rodzinnego domu wyprowadzić otrzymując tylko dywan i poduszkę. Zamieszkał u swojej żony w Sejnach, razem z jej siostrą Anielą. Drewniany domek nad rzeką Marychą, gdzie mieszkali był własnością sejneńskiego Żyda.

Po 4 latach zmiękło jednak michałowe serce i zmienił swoją pierwotną decyzję. Być może przekonała go synowa, a może postawa syna, który dla swojej wybranki gotów był wyrzec się majątku i ciężko pracował w betoniarni w Sejnach. W czasie zamieszkiwania w Sejnach, 15 lipca 1929 roku urodziło się Stanisławowi i Weronice pierwsze dziecko; córka Jadwiga.

W 1932 roku Michał Buchowski opisał na syna Stanisława 20 mórg ziemi z lasem, położonych w Gawieniancach, rodzinnej wsi Buchowskich. Dodał jeszcze do tego krowę i ul z pszczołami. Młodzi przeprowadzili się na wieś z mieszanymi uczuciami; Stanisław – szczęśliwy jak nigdy, Weronika – pełna obaw. Zamieszkali u wujostwa Franciszka (1900- 1977) i Władysławy Okulanisów (1908-1976). Od razu wzięli się za budowę domu. Mimo, że była już po raz drugi w ciąży, Weronika musiała mężowi pomagać; przy piłowaniu desek, opiłowywaniu węgłów, spuszczaniu drzewa itd. Dla ciężarnej kobiety była to bardzo ciężka praca. Jednak nie zaszkodziła. 1 stycznia 1933 r. urodziła drugą córkę, Helenę, a w późniejszych latach jeszcze dwóch chłopców; Ireneusza (1937) i Bronisława (1940).

1942r

Pracowite, ale szczęśliwe życie rodziny przerwała wojna. Pod okupacją przyciśnięci przymusem ekonomicznym mieszkańcy wsi zmuszeni byli podejmować się nawet zabronionych przez okupanta zajęć. Stanisław zajmował się ubojem świń, wyprawianiem skór, kopaniem studni. Tego ostatniego zajęcia omal nie przypłacił życiem, kiedy będąc w wykopie studziennym urwało mu się wiadro z ziemią i spadło na głowę.

W chwili wybuchu wojny Stanisław był sołtysem wsi Gawieniance i wsi przyległych; Zagówiec, Łumbie, Bierżynie, Podgawieniance. Wynikające z tej funkcji obowiązki bywały uciążliwe. Między innymi polegały na wyznaczaniu kwater dla różnych osób przysyłanych do wsi przez władze okupacyjne. Kiedy sołtys kwatery nie znalazł, musiał umieścić lokatora u siebie. W ten sposób do jego skromnego domku na górce, zasiedlonego przez 6 osób został zakwaterowany rzekomy geodeta, który okazał się szpiclem. Rozszyfrowany przez miejscową partyzantkę został zabity w jego domu. Z tego powodu Stanisław Buchowski musiał się ukrywać, co miało miejsce u brata Antoniego w Pełelach. Stamtąd w dniu 17 lutego 1944 r. został zabrany do gestapo w Sejnach, gdzie był katowany. Opowiadały o tym kobiety pracujące w pralni.

Z Sejn trafił do Ragnit (dziś Nieman w obwodzie kaliningradzkim), skąd w maju 1944 r. przysłał rodzinie jedyną korespondencję. Na nieszczęście zaginęła ona podczas ewakuacji rodziny przed nalotem lotniczym.

Z wojny nigdy nie wrócił. Nie było żadnej informacji o śmierci i miejscu pochówku.

P o s z u k i w a n i a

Zmasowaną akcję poszukiwawczą podjąłem osobiście po roku 1993, po ukazaniu się książki Waldemara Monkiewicza i Adama Dobrońskiego pt. Ofiary terroru hitlerowskiego na Suwalszczyźnie w latach 1939 – 1945 (ISBN 83-901545-0-1). Główną wartością tej pozycji był dla mnie umieszczony w niej „Wykaz ustalonych osób z Suwalszczyzny, które zostały zamordowane lub zginęły na skutek terroru okupanta hitlerowskiego w latach 1939 – 1944”. Na stronie 56 jest wymieniony nasz dziadek. Notka brzmi następująco:

„Buchanowski lub Buchowski Stanisław, lat 41, rolnik, zabrany w 1944 r. z Gawieniańc, zginął 9 maja 1945 r. w Ragnecie.”

W roku 1994 wystąpiłem z pismem do Polskiego Czerwonego Krzyża w Warszawie z prośbą o pomoc w poszukiwaniach dziadka. Po pół roku uzyskałem odpowiedź – prośbę o uzupełnienie dokumentacji w sprawie personaliów poszukiwanego. Minęło 2,5 roku zanim przyszła odpowiedź z PCK; „nie posiadamy żadnych informacji o poszukiwanym”.

W roku 1995 napisałem pismo do Parafii Polskiej w Sowietsku w Rosji (dawniej Tylża, obecnie Obwód Kaliningradzki), opisując okoliczności. Żadnego odzewu nie uzyskałem.

Wreszcie uwierzyłem w możliwości mediów, pisząc w 1998 roku do telewizyjnego programu „Dopóki żyje ostatni świadek…”. Bez echa i tu.

Po kilku latach starań udało nam się dotrzeć do autora książki, w której była wzmianka o dziadku. Adam Dobroński był wtedy Ministrem ds. Kombatantów. Uczestnicząc w jego konferencji prasowej w Lesznie, zorganizowanej dla prasy lokalnej skorzystałem z okazji aby zapytać go o dziadka Stanisława Buchowskiego. Nie miał wiele czasu na moją sprawę, ale obiecywał nią się zająć. Poprosił o sporządzenie notatki o poszukiwanej osobie, ale nigdy na nią nie zareagował. W takiej sytuacji zwróciłem się do brata Zdzisława, który tak jak i Adam Dobroński mieszkał w Białymstoku. Z jego relacji wiem, że historyk nie był w stanie stwierdzić z jakich źródeł wydobył dane odnośnie naszego dziadka.

W roku 1999 zwróciłem się do Centralnego Archiwum MSWiA w Warszawie, ale i tam nic nie uzyskałem. Podobnie bezskuteczna była prośba skierowana do Kongresu Polaków w Rosji.

W roku 2000 wystosowałem pismo do Konsulatu Generalnego RP w Kaliningradzie. W odpowiedzi uzyskałem informacje, że

„… Pan Buchowski mógł przebywać w niemieckim obozie dla jeńców wojennych;

– „Stalag – 1C” (od 1942 r. – 1 D, później – lager Nr 391), okręg Heidekrug (obecnie – Silute, Litwa);

-albo w jednym z obozów pracy:

– „Heilsberg” (2 km na południowy zachód od Ragnit);

– „Gross Friedrichsdorf II” (obecnie Gastellowo, Sławskij rejon);

– „Hochenbruch” w pobliżu Melauken (Liebenfelde), obecnie zalesie w rejonie Polesskim.”

Konsulat generalny sugerował jeszcze zwrócenie się do służby poszukiwawczej w Niemczech pod nazwą Internationaler Suchdienst w Arolsen.  Niestety nie wniosła ona do sprawy nic nowego, a jedynie obiecanki, że odezwie się jeśli coś znajdzie.

Kolejne nadzieje na odszukanie informacji o losie Stanisława Buchowskiego odżyły w roku 2007, kiedy przypadkowo z Internetu dowiedziałem się, że istnieje książka, opisująca sytuację we wsi Gawieniance, w wyniku której aresztowany został mój dziadek. Było to opracowanie Zdzisława Gwozdka pt. Białostocki Okręg ZWZ – AK, tom III – Wsypy i aresztowania (ISBN 83-913784-0-3) wydane drukiem w 2001 roku w Białymstoku. Na stronie 78 wspomnianej książki można przeczytać:

„Na placówce Sejny aresztowano:

Stanisława Puchowskiego, ur. 1903 r. ps. „Bąk”, za przynależność do AK oraz za to, że w jego domu partyzanci zastrzelili współpracownika żandarmerii, Władysława Izbickiego. Puchowski był dowódcą drużyny. Zamordowany został przez hitlerowców 4 maja 1943 roku.”

Informacja ta była nieścisła, zawierała co najmniej dwa przekłamania. Jedno, że nie było „Puchowskiego” w Gawieniancach, ale Buchowski; drugie – nie mógł zginąć w 1943 roku, jeśli był aresztowany w lutym 1944 r. Moją uwagę zwrócił też fakt, że przy tej informacji był odnośnik, sugerujący, że jest jakaś dokumentacja źródłowa, z której te dane pozyskano. Postanowiłem do niej dotrzeć. Szczęście jednak mi nie dopisało, gdyż autor książki w międzyczasie umarł. Wtedy zwróciłem się do kombatantów białostockich, od których dowiedziałem się, że Z.Gwozdek swoje materiały przekazał do miejscowego Instytutu Pamięci Narodowej.

Wizyta osobista w białostockim IPN niczego nie wyjaśniła. Wskazano, że dokument z tzw. „Kolekcji Zdzisława Gwozdka” jest wyciągiem z relacji pochodzącej z zasobu archiwalnego byłego ZBOWiD Oddziału w Białymstoku. W późniejszym piśmie z tej instytucji wskazano jedynie, że w zasobach IPN przechowywane są dwa dokumenty związane z osobą Stanisława Buchowskiego; protokół przesłuchania przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Białymstoku w dniu 5.09.1968 r. Franciszka Okulanisa (szwagra poszukiwanego) oraz protokół przesłuchania z dnia 9.03.1973 r. Ludwika Czokajło. Treść ich zeznań sprowadzała się do potwierdzenia faktu aresztowania S.Buchowskiego i że do wsi rodzinnej nigdy nie powrócił.

W piśmie do IPN zapytywałem również czy nie można umieścić nazwiska dziadka na tablicy pamiątkowej w Gibach (czy gdziekolwiek indziej). Odpowiedź była jedynie wyjaśnieniem, że na pomniku w Gibach umieszczane są tylko nazwiska osób, które zostały aresztowane w czasie obławy augustowskiej (lipiec 1945 r.).

Na tym etapie poszukiwania Stanisława Buchowskiego utknęły. Nie znaleziono człowieka ani jego szczątków, nie znaleziono żadnych dokumentów z czasów po jego uwiezieniu przez gestapo. Nie było gdzie postawić świeczki.

Przez 70 lat od zakończenia wojny nikomu ze społeczności lokalnej, kombatantów, polityków, historyków nie przyszło do głowy, żeby ofiarę wojny, mojego dziadka i wielu innych z okolicy w jakiejś formie upamiętnić. Niech to zabrzmi jak zarzut w stronę społeczności lokalnej Sejneńszczyzny.

buch_stan_cment005

 

W roku 2011, na mój wniosek na cmentarzu w Sejnach pojawiła się skromna tablica z danymi i zdjęciem Stanisława Buchowskiego. Jej fundatorką była moja mama Jadwiga Szczudło. Tak więc dopiero po prawie 70 latach było gdzie postawić zapaloną Mu świeczkę.