Suwalszczyzna. Kraina mojego dzieciństwa i czasu dorastania. Miejsce obcowania ze wspaniałą przyrodą, poznawania oryginalnych zapachów i smaków. Ich odmienności i walorów pewnie bym nie docenił, gdybym Suwalszczyzny jak Mickiewicz swojej Litwy, nie opuścił. Cisną się tu na usta cytaty z wieszcza, „…dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.”

Zatrzymajmy się na zapachach i smakach przywoływanych z pamięci dziecka. Zajrzyjmy do regionalnej kuchni spod Sejn z lat PRL.

Zagówiec, koniec lat 60. Zabudowania Jana Szczudło; od lewej stodoła, chata i tzw. sklep czyli ziemianka
w roli dzisiejszej lodówki.

Przez pierwsze lata życia, zapamiętane potrawy poznawałem przez pryzmat kuchni mojej mamy, która na Suwalszczyźnie się urodziła i wychowała. Jednak pełni wrażeń dostarczył drewniany dom dziadków, Jana i Marianny Szczudłów, ulokowany tuż obok naszego murowanego, pierwszego murowanego domu we wsi Zagówiec. Kuchni rozumianej jako oddzielne pomieszczenie do przygotowywania potraw, tam nie było. Całe życie rodziny i niektórych zwierząt ogniskowało się w jednym pomieszczeniu, wokół wielofunkcyjnego pieca. Ten masywny, wybudowany z gliny element wyposażenia mieszkania służył do przygotowywania potraw i jednocześnie do ogrzewania. Zajmując cały narożnik pokoju, w dolnej części dawał schronienie domowemu ptactwu, a w górnej na tzw. leżance było miejsce dla ludzi. Czasem układano tam mokrą odzież lub zioła do wysuszenia.

Nad paleniskiem umieszczony był ciężki gliniany okap, a za płytą, gdzie stawiano garnki, wlot do piekarnika. To wyroby stamtąd wyciągane stanowiły dla mnie największą atrakcję. Głównym był chleb żytni, ciemny i ciężki, poprzetykany kawałkami ziemniaków, które trochę rozmiękczały strukturę bochenka. Moja babcia Marianna chleb piekła na kalmusie. Jego niemiecka nazwa, podobnie jak nazwy narzędzi stolarskich z warsztatu dziadka, dotarły tu z nieodległych Prus Wschodnich. Kalmus czyli szablaste liście tataraku układano na dnie piekarnika. W trakcie pieczenia wydzielał specyficzny aromat, utrwalany w chlebie. To ten kalmusowy zapach i kawałki ziemniaków dawały przewagę babcinego chleba nad maminym. Moja mama piekła chleb w piekarniku nowoczesnym, przeważnie raz na tydzień.

Bez dodatku gotowanych ziemniaków szybko robił się twardy. Nam dzieciom szybko spowszedniał i dlatego chętniej jadaliśmy chleb biały, kupny, przywożony z miasteczka.

Pieczenie chleba u babci wymagało pośpiechu i dobrej organizacji pracy. Przyczyną pośpiechu był fakt, że raz dobrze nagrzany piec (drewno wyłącznie liściaste) musiał utrzymać temperaturę przez dłuższy czas, bo po wypieczeniu chleba wkładano do niego inne wyroby. Zapamiętałem ich trzy rodzaje. Jedne to coś w rodzaju dużych placków ziemniaczanych, pieczonych na liściach kapusty. Inny wygląd i smak miały kakory, które zapamiętałem już tylko w wersji finalnej, kiedy wyciągano je z glinianego garnka na talerz. Trzeci wyrób z babcinego pieca, robiony po chlebie, to pierogi z soczewicą. Były to duże, oprószone mąką półkola, wielkości dłoni, zawijane na okrętkę na brzegu. Cóż to był za smak!

Innym specjałem wytwarzanym w piekarniku były kiszki i babki. Robiono je z tartych ziemniaków wymieszanych z mięsem wieprzowym, skwarkami i podsmażaną cebulą. Kiszki od babki różniło tylko to, że farsz taki sam jak w babce umieszczano w wieprzowym flaku.

Specyficznym dla mojej Suwalszczyzny daniem były kartacze. Pojawiały się na naszym stole nie za często, z pewnością ze względu na pracochłonność ich wykonania. Do ich sporządzenia potrzebne były gotowane i surowe ziemniaki, siekane mięso wieprzowe i różne dodatki.

Szukając w pamięci potraw specyficznych, których nie spotkałem poza domem, wywołuję zupę pokrzywową. W zasadzie mama zrobiła ją głównie dlatego, aby nam dzieciom pokazać potrawę z biednych i trudnych lat wojny. Z wyglądu przypominała zupę szczawiową, ale mnie zniechęcały do niej pływające na wierzchu skwarki. Odwrotnie reagował na skwarki mój tato, który chętnie znajdował je na talerzu. Miał też apetyt na zupę cebulową, której sam nigdy nie odważyłem się spróbować. Pamiętam, że było to coś w rodzaju chłodnika, inne niż powszechnie znana, gotowana zupa cebulowa.

W dniu świniobicia, które w praktyce naszego regionu było rytuałem odprawianym przez prawie każdego gospodarza, gotowano czerninę, gdzie indziej zwaną czarną polewką. W naszym wydaniu było to coś w rodzaju czarnego rosołu. Podkreślam to, gdyż w Wielkopolsce spotykałem się z czerniną na słodko, z dodatkiem śliwek.

Moje smaki z dzieciństwa na Suwalszczyźnie to również pomidory i ogórki na słodko. Jadało się je latem maczając w cukrze usypanym na talerzyk.

Nie zapamiętałem żadnej oryginalnej potrawy z wigilijnego stołu z wyjątkiem… kisielu. Był u nas zawsze, ale nie wiem czy przypadkiem nie dlatego, aby podciągnąć liczbę potraw do symbolicznych dwunastu?

Ten rarytas w moim wschowskim domu bywał wielokrotnie. Dzięki temu sękacza zna już liczne grono moich przyjaciół i znajomych.

Ankietowani dziś Polacy na pytanie o typowe smaki Suwalszczyzny z pewnością wskazaliby sękacz, ale ja go z dzieciństwa nie pamiętam. Nie był wtedy powszechnie znany, być może dlatego, że do jego wykonania potrzeba kilkadziesiąt jajek, co w biednych czasach lat sześćdziesiątych nie było bez znaczenia. Pierwsze w mojej pamięci „pojawy” sękatych ciast kojarzyły się z niemiecką nazwą bankuchen, z pewnością przyswojoną z nieodległych Prus Wschodnich.

Moda na sękacze i ich masowa produkcja powstała dopiero dobre dwadzieścia lat później.

Wracając na Sejneńszczyznę jako wakacjusz lubię odwiedzić restauracje, które serwują dania regionalne. W Sejnach są tylko dwie, „Dom Litewski” przy Konsulacie Litwy i „U Henryka” (dawniej „Skarpa”).

Andrzej Szczudło