Tagi

, , ,

Już kilka razy zdarzały mi się w życiu okazje, aby „popełnić” podroż genealogiczną i zawsze były to wyprawy udane, do których wraca się w opowieściach przy rodzinnym stole. Nie zdarza się to często głównie dlatego, że mam obowiązki rodzinne i dopiero po ich wypełnieniu mogę pomyśleć o swojej pasji. W podtekście tego jest informacja, że członkowie rodziny w moim „wariactwie” raczej nie uczestniczą. Pozwalam więc sobie na podróże genealogiczne wtedy, kiedy wyprawa ma także inne, rodzinne cele. Tym razem celem była podroż do Czerska, na Pomorze, w celu przywiezienia do Wschowy amerykańskich gości. Data odbioru przybyszów z USA wyznaczona była na 2 maja, więc po szybkim oglądzie kalendarza uznałem, że można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwsza pieczeń to oczywiście odbiór gości, druga – odwiedziny krewniaków w pomorskich okolicach.
W niedzielę 30 kwietnia wyruszyliśmy z żoną ze Wschowy i pod wieczór byliśmy blisko Gdańska. To „blisko” w szczegółach oznaczało Galerię Szczudło w miejscowości Straszyn, gmina Pruszcz Gdański. Wybraliśmy się tam ponieważ znałem to miejsce wirtualnie a chciałem poznać namacalnie. Już od kilku lat wiedziałem z Internetu, że jest to Galeria prowadzona przez Bohdana Szczudło a od kilku lat, po rozmowie telefonicznej z jej właścicielem, że ta linia Szczudłów ma swój początek na Ziemi Grodzieńskiej. Moja też, więc powód wyjazdu był raczej oczywisty.
Przed wyjazdem na Pomorze odwiedziłem stronę internetową Galerii Szczudło http://galeriaszczudlo.pl/ i z przyjemnością dowiedziałem się, że w dniu naszego przyjazdu planowany jest tam koncert jazzowy. Zdążyliśmy na czas i mieliśmy okazję wysłuchać koncertu dwuosobowego zespołu w składzie fortepian i puzon.

Część utworów była śpiewana i tu świetnie się sprawdził puzonista Mieczysław Musiał. W trakcie koncertu prowadziliśmy pierwsze rozmowy z gospodarzem obiektu, Bohdanem Szczudło i jego żoną Aleksandrą, którzy obsługując gastronomicznie gości przy stolikach, ze wszystkimi mieli do pogadania. Widać było, że grono publiczności stanowili dobrzy znajomi muzyków i obsługi. Dopiero po zakończeniu koncertu był czas na dłuższe Szczudłów rozmowy, oczywiście z przewagą genealogii. Wtedy też poznaliśmy drogę życiową Bohdana Szczudło, rzeźbiarza i przedsiębiorcy. Urodził się w 1957 r. w Gdańsku, tam też wychował i wykształcił. Dobrze wspomina wyjazdy do babci w Reszlu i do kuzynów w Kętrzynie. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, a w roku dyplomowym, 1980 w ramach wymiany międzyuczelnianej przeniósł się do Berlina, gdzie studiował rzeźbę. Dyplom uczelni niemieckiej uzyskał w 1986 roku. Po powrocie do kraju z powodzeniem prowadził przedsiębiorstwo w branży elektronicznej, zanim zrealizował projekt pt. Galeria Szczudło, która jest jednocześnie galerią i miejscem do organizowania imprez.

Bohdan Szczudło ma w swoim dorobku wiele rzeźb, ale najwięcej satysfakcji wyniósł ze współpracy z grupą wykonującą tablice Pomnika Katyńskiego. Jest tu nie tylko wyraz emocji artystycznych ale i osobisty wątek, bo dziadek Bohdana, Piotr Szczudło, który był przedwojennym policjantem, zginął w Katyniu.
Nasz pobyt w Straszynie trwał niecałą dobę, bo następnego dnia gospodarz był już zajęty, gdyż w pomieszczeniach Galerii Szczudło szykowano scenografię do nagrania płyty zespołu z Gdańska. Podobne wyzwania obiekt ten ma już za sobą. Świetna akustyka skłoniła kolejną grupę do wykorzystania go do nagrań.
W drugim miejscu, ważnym ze względów genealogicznych, spodziewani byliśmy pod wieczór, więc uzgodniliśmy z żoną, że kilka godzin poniedziałkowego, ale świątecznego przecież przedpołudnia wykorzystamy na zwiedzanie Gdańska. Dosyć przypadkowo, ze względu na lokalizację parkingu, zaczęliśmy od zwiedzania Sanktuarium Królowej Świata Pracy, słynnego dzięki księdzu Henrykowi Jankowskiemu i Lechowi Wałęsie kościoła św. Brygidy.

 

Następnie kroki swoje skierowaliśmy na starówkę, obowiązkowo „zaliczając” ulicę Długą, zatłoczoną przez licznych spacerowiczów. Trudno było dostać coś bez kolejki, więc i na obiad trzeba było trochę poczekać. Po obiedzie i spacerze ruszyliśmy w dalszą drogę, do Malborka. Umówione tam czekały nas dwie ciocie, krewniaczki ze strony krasnopolskich Rynkiewiczów (siostry cioteczne mojego ojca Zygmunta). Ciocia Ania M. gościła córkę z Częstochowy, więc była to dla nas pierwsza okazja do jej poznania.

Grażyna D. już niestety wdowa od 12 lat, przyjechała do Malborka z córką Moniką K. i dwiema wnuczkami, Zuzią i Emilką. Wszyscy cieszyli się ze spotkania i poznania kolejnych członków rodziny. Ja także z uzupełnienia swojej bazy danych o rodzinie.
Po kilku godzinach rozmów wraz z ciocią Wandą K. wyruszyliśmy do Sztumu, do domu jej córki Andrzeliny S., gdzie mieliśmy umówiony kolejny nocleg. Zanim ruszyliśmy do „Luliszek”, trwały nocne rodaków – krewniaków rozmowy o losach rozrzuconej po świecie rodziny Rynkiewiczów. Spora jej część trafiła na Wybrzeże, i tu albo w Lubuskiem można by zrobić zjazd rodzinny Rynkiewiczów rodem z Krasnopola na Suwalszczyźnie. Taki wyjazd i spotkania integrujące rodzinę to przygotowania do podjęcia inicjatywy o ewentualnym zjeździe familijnym.
Następny dzień, wtorek 2 maja był dla naszych gospodarzy dniem roboczym. Wyjechaliśmy więc po śniadaniu w krótką, ledwie kilkunastokilometrową podróż do Nowej Wsi, gdzie z radością i kawą czekała nas ciocia Wanda K., matka Andrzeliny. Trasę wyrysowaną mieliśmy na kartce, ale na wszelki wypadek włączyłem GPS. Nie bez trudu wyszukałem Nową Wieś pod Sztumem, gdyż wsi o tej nazwie moje urządzenie pokazało aż 38. W domku pod lasem ciocia przywitała nas spodziewaną kawą i ciastem. Po obejrzeniu dosyć sporej posesji wróciliśmy do domu.

Spotkaliśmy tam wnuków cioci, Erika i Adama R., synów Stelli, drugiej z córek Wandy. Stelli w domu nie było, gdyż przebywała w szpitalu, lecząc kontuzje po niefortunnym upadku na podwórzu siostry. Wizyta u cioci Wandy trwała dosyć krótko, gdyż w sprawach rodzinnych byliśmy dogadani podczas zeszłorocznego spotkania u Andrzeliny.
Tego dnia mieliśmy odebrać z Czerska i zawieźć do Wschowy naszych amerykańskich przyjaciół; Marthę i TJ Stearów. Dobrze im było u krewniaków więc godzinę odbioru przesunęli na 17.00. Dało to nam szansę na zwiedzenie zamku krzyżackiego w pobliskim Malborku. Nie przeszliśmy całej trasy z przewodnikiem, bo trwało to zbyt długo, aż 3,5 godziny, ale widzieliśmy wystarczająco wiele, żeby mieć wyobrażenie o potędze zakonu krzyżackiego i obiektu w Malborku. Naszą grupę polskojęzyczną obsługiwał jeden z 300 przewodników, pracujących na zamku. Skupiał się on na ciekawostkach i faktach, które burzyły powszechny, utrwalony w Polakach (głównie przez dzieło Henryka Sienkiewicza i jego ekranizację) pogląd na zakon krzyżacki. W pewnym momencie pokazał np. wymalowane na ścianie herby rodowe krzyżaków, których większość nazwisk brzmiała bardzo po polsku. Uśmiechami kwitowali turyści te rewelacje.
Zgodnie z umową, na 17.00 byliśmy już w Czersku, skąd odebraliśmy amerykańskich gości. W dosyć przyzwoitym czasie, trochę po ogłoszeniu ciszy nocnej, byliśmy we Wschowie. W ten sposób zamknęliśmy program naszej podróży z genealogią w tle.

Advertisements