Tagi

, , ,

Najwcześniejsze lata dzieciństwa kojarzą mi się z Oleckiem. Nasi rodzice po pięcioletnim mieszkaniu w Gołdapi spędzili tam 8 lat, najpierw z dwoma, a po urodzeniu Teodora w 1956 roku, z trzema synami. Ja byłem tym drugim (na zdjęciu w czapce w poprzeczne paski).

olecko

Jeszcze za czasów mieszkania w Olecku bywały wakacyjne wyjazdy do dziadków, Jana i Marianny Szczudłów, mieszkających w Zagówcu koło Sejn. W gnieździe rodzinnym Szczudłów, rodzice budowali swój dom. Dlaczego tam? Prawdopodobnie bardziej niż sentyment do ojcowizny liczył się fakt, że dziadek dał darmo działkę i drewno z prywatnego lasu. W budowie domu uczestniczyliśmy również my, dzieci. Z tego co pamiętam, miałem wtedy poczucie robienia czegoś ważnego, a nawet bycia prawie dorosłym. Faktyczna pomoc sprowadzała się jednak do przenoszenia dachówek czy innych niezbyt ciężkich materiałów potrzebnych na budowie.

andy-1963

Potem była wielka radość z poszerzonej z dnia na dzień przestrzeni do zabawy, z możliwości chodzenia po drzewach, zabawy w partyzanta itd. Nielekkie były początki w szkole. Kiedy dotarliśmy do niej, ja z moim starszym bratem Zdziśkiem, klasy były już zgrane, a my jako nowi uczniowie świetnie nadawaliśmy się do prześladowania. Już po usłyszeniu nazwiska nieformalny „przywódca stada” – klasowy lider Tadek Anzel zaproponował nam ksywkę, która przetrwała do końca szkoły. Do końca podstawówki w szkole „Pod Lasem”, jak ją nazywano, byliśmy Szczupakami. Dziś śmiejemy się z tego, ale wtedy za „Szczupaka” trzeba było często stawać do boju.

zagowiec-stary

W Gawieniańcach, których nasza część najpierw była Zagówcem, przeżyłem kilkanaście szczęśliwych lat dzieciństwa, wtedy określanego jako przegrane – ze względu na uciążliwe obowiązki domowe w nie zmechanizowanym gospodarstwie, dziś – wyjątkowe, biorąc pod uwagę bogactwo doznań. Dopiero po latach potrafiłem dopatrzyć się w swoim życiorysie elementów egzotyki. Można śmiało zaliczyć do nich fakt, że szkołę podstawową ukończyłem przy lampie naftowej, ucząc się przy jednym stole z braćmi, ale i z ojcem, który zaocznie uczył się w Technikum Ekonomicznym.

kazimierowicz-piotr

Temu „uczonemu gremium” zwykle towarzyszył siedzący w kącie wąsaty staruszek z fajką, Piotr Kazimierowicz (szwagier mojego dziadka Jana Szczudło). Zwykle nie udawało mi się, ale też i nie bardzo chciałem, odizolować się od jego barwnych opowieści o czasach przed wojną, przeżywanych po części na Litwie, po części w granicach Rzeczpospolitej. Były też kawały o Żydach, w których zawsze dostawało im się od bardziej przebiegłych Polaków. Kiedy kupiliśmy radio, zasilane ze specjalnej, dużej baterii, dziadek Piotr (na zdjęciu obok) czas spędzał na słuchaniu Wolnej Europy, ale i stacji litewskich. Pamiętam jak tłumaczył nam ciekawsze kawałki z rozrywkowej audycji rozgłośni wileńskiej „Sawukas wakaras” (Sobotni wieczór). Chociaż każde przyjście dziadka na tzw. posiaduszki kończyło się pozostawieniem na podłodze sporej kupki popiołu wysypanego z fajki, jego obecność umieliśmy docenić.

Rzadka już w owych czasach na terenie PRL egzotyka domu pozbawionego prądu elektrycznego skończyła się w roku 1968, kiedy na pola wkroczyli geodeci wyznaczający miejsca dla postawienia słupów elektrycznych. Około dwumetrowy dół pod betonowy słup musiał wykopać właściciel pola, na którym słup został zaplanowany. Takich słupów było na naszych polach kilka. Miałem wtedy 14 lat i świetnie nadawałem się do tej pracy. Nie była to wielka męka, bo gleba piaszczysta, a i nadzieja na rewolucyjne zmiany dodawała sił. Wkrótce po zainstalowaniu „lekstryki” – jak mówił dziadek Jan Szczudło, który oporem stawał przed elektrykami i pozwolił założyć w swoim drewnianym domu tylko minimalną ilość żarówek i gniazdek, we wsi pojawił się pierwszy telewizor. Właścicielami była rodzina Pieczulanisów, którzy szybko zrozumieli, że dla dobra stosunków międzysąsiedzkich telewizor „musi” być też dostępny i dla innych. Chodziło się tam jak do kina; były rzędy ławek i nieuchronny w takiej sytuacji … udział w życiu tamtej rodziny. Jako dzieci, w podwójnym kinie czyniliśmy życiowe obserwacje, co pikantniejszymi kawałkami dzieląc się z kolegami. A było czym się dzielić, bo przez rodzinę tę przetoczyło się kilka wątków żywcem z „Cichego Donu” – miłość, zazdrość, podpalenia budynków itp. Z tamtych lat pamiętam serial o dr Ewie.

andy1972

Naukę w szkole średniej, LO nr 19 w Sejnach, rozpocząłem już jako zelektryfikowany obywatel PRL. W szkole szło mi nieźle, chociaż gorzej niż w podstawówce. Przeszkodą było m.in. i to, że kosztem wielu wyrzeczeń całej rodziny, rozwijało się gospodarstwo rolne.

Musieliśmy w tym uczestniczyć. Pamiętam częsty obraz powrotu ze szkoły; mama stoi w drzwiach i pogania do jedzenia obiadu. „Podtekst” miała w drugiej ręce; stare portki do przebrania, gdyż natychmiast po obiedzie trzeba było iść do pracy w gospodarstwie. Dopiero wieczorem, zmęczony miałem szansę zasiąść do robienia lekcji.

W takich wiejskich klimatach żyłem 11 lat i chociaż stanowi to tylko 18% mojego czasu życia, wiem że były to lata najważniejsze, lata formacji osobowości młodego człowieka.

Andrzej Szczudło