Tagi

,

Wychowałem się na Sejneńszczyźnie, skąd bliżej do Litwy niż do Białorusi. Białoruś zaczęła mnie interesować dopiero kiedy doszedłem, że stamtąd pochodził mój najdalej odszukany przodek. Mój prapradziadek Paweł Szczudło urodził się w parafii Teolin gdzieś około 1810 roku. Dla mnie ten Teolin był wirtualną miejscowością, miejscem na mapie, które chciałem odwiedzić i bliżej poznać. W pierwszym odruchu internauty napisałem mail do gazety polonijnej „Głos znad Niemna”. Wkrótce na jej łamach ukazał się mój anons o chęci nawiązania korespondencji z kimś z Sopoćkin lub okolicy. Odzew był tylko jeden, od Stanisława Zmitrowicza. Korespondowałem z nim kilka lat dopytując się o możliwości dotarcia na Grodzieńszczyznę kajakiem. Nie wydawało mi się to możliwe.

Stanisław Zmitrowicz

Na zdjęciu powyżej: Stanisław wśród koleżanek z zespołu folklorystycznego. 

Stanisław zapraszał mnie do Sopoćkin od kilku lat, ale dopiero w roku 2009 udało mi się z tego zaproszenia skorzystać. Przeznaczyłem na to 3 dni. Nie doczytałem się w Internecie, że na jednorazowy wyjazd na Białoruś zaproszenie nie jest potrzebne. Dlatego po zaopatrzeniu się w zaproszenie wyrobione mi przez Stanisława stanąłem przed okienkiem Konsulatu Republiki Białorusi w Białymstoku. Okazało się, że gdybym zabrał się za formalności wcześniej, wiza kosztowałaby 25 euro. Teraz musiałem zapłacić dwukrotność tej kwoty. Warto jednak ten koszt było ponieść, bo już następnego dnia wiza była gotowa.

Z Białegostoku, niewczesnym rankiem, wystartowaliśmy z żoną, bo ona była moją jedyną towarzyszką podróży. Nie chciało nam się zarywać nocki, bo w końcu w czasie urlopu wyspanie się więcej jest warte niż rygorystyczne wypełnienie narzuconego sobie harmonogramu. Na granicy obsłużono nas dosyć szybko, bez zbędnych formalności. Szybko też osiągnęliśmy granice Grodna, skąd – kierując się telefoniczną wskazówką Stanisława – drogą z ronda na lewo bez trudu dotarliśmy do Sopoćkin. Po drodze wijącej się po bezleśnych wzgórzach, podziwialiśmy krajobraz. Sopoćkinie okazały się być miasteczkiem nadzwyczaj skromnym; nie było widać tu nic szczególnego poza kościołem na wzgórzu, pięknym domem kultury i kilkoma wyższymi niż inne budynkami w centrum.

Kościół

Na zdjęciu: kościół w Sopoćkiniach, dawniej siedziba parafii Teolin

Na poznanie ich przyszło nam trochę poczekać, bo już w chwilę po dotarciu do miasteczka, dostaliśmy się w progi gościnnego domu Stanisława. Po przywitaniu z nim i jego żoną Tatianą, zostaliśmy poczęstowani obfitym obiadem. Nie zasypiając gruszek w popiele wyruszyliśmy w plener. Stanisław wiedział z moich listów, że najbardziej chciałem zobaczyć wieś Ostasza, gdzie w 1832 roku szewcem był brat mojego prapradziadka Wincenty Szczudło. Tam też skierowaliśmy swoje kroki. Było to ledwie kilka kilometrów od miasteczka. W Ostaszy zaraz od drogi rzucał się w oczy kompleks budynków gospodarczych – coś jak nasz PGR. Zajechaliśmy tam, bo Stanisław miał tam znajomą, Polkę, która pełniła funkcję magazynierki. Po chwili miłej rozmowy i zrobieniu pamiątkowych fotek, jechaliśmy dalej. Druga część wsi Ostasza miała zupełnie inny charakter. Była to stara wioska z przewagą drewnianych chatek jak z poprzedniej epoki. Drewniane domki miały jednak swój urok; niektóre pomalowane, osadzone wśród wysokich kęp kwiatów. Gdzieniegdzie widać było pojedynczych ludzi. Pytaliśmy o Szczudłów, ale nikt takiego nazwiska tu nie kojarzył.

Ostasza

Na zdjęciu: centrum wsi Ostasza (Astasza).

Po zrobieniu serii zdjęć wyruszyliśmy dalej, tym razem według uznania Stanisława. Jechaliśmy wzdłuż Kanału Augustowskiego, zatrzymując się przy kolejnych urządzeniach. Instalacje wodne sprzed półtora wieku robiły wrażenie. I tu dygresja. Przed oczami stanęła mi nasza kajakowa wyprawa Czarną Hańczą, odbyta w 2004 roku. Kiedy w strugach deszczu mknęliśmy gdzieś w okolicach Mikaszówki, przeoczyliśmy moment skrętu w stronę jezior augustowskich. Popłynęliśmy prosto, za most, gdzie wkrótce potem ukazał się nam wodny młyn. Jacyś ludzie powstrzymali wtedy nasze zapędy, mówiąc, że tam dalej jest nieżeglowna część kanału prowadząca do Białorusi. – Kiedy uda się zobaczyć Kanał Augustowski po stronie białoruskiej – pomyślałem sobie. I oto po pięciu latach jestem na Białorusi. To, co mnie najbardziej zaskoczyło to jakość techniczna kanału, doskonała. Widać było ślady niedawnej renowacji koryta rzecznego i remontu urządzeń. Z zaciekawieniem oglądaliśmy czterokomorową śluzę w Niemnowie, zwodzony most i pomnik z 1939 roku. Napis na pomniku, po polsku, zawierał odwołanie do Boga w obliczu wojennej pożogi.

Kiedy obeszliśmy wszystko, Stanisław zachęcał nas do odwiedzenia prywatnego muzeum Kanału Augustowskiego. Drzwi były jednak zamknięte. Zaskakiwała nas cisza i absolutny brak turystów – rzecz niespotykana w sierpniu w podobnie atrakcyjnym miejscu w Polsce.

Kanał Augustowski

Autor tekstu ze Stanisławem na Kanale Augustowskim

Po Niemnowie trasa nasza wiodła do miejscowości Sonicze. Za nią, na drodze do wsi Czertok zatrzymaliśmy się przy pomniku, który upamiętniał żołnierzy radzieckich, broniących mostu na Kanale Augustowskim, w dniu ataku Niemiec na Związek Radziecki. Po zrobieniu kilku fotek nasz przewodnik zaproponował trasę do wsi Dombrowka. Ujrzeliśmy tam zaporę, u dołu której kąpała się grupa miejscowych turystów. O wiele atrakcyjniej wyglądało jeziorko utworzone w górnej części zapory, z rowerami wodnymi i domkami letniskowymi na brzegu. Podobno często są one wynajmowane na imprezy typu; imieniny, jubileusz czy zwykłe spotkanie przy grillu. Popołudniowy objazd okolicy zakończyliśmy powrotem do Sopoćkin, tym razem z innej strony miasteczka. Nie było jeszcze ciemno, więc zdążyliśmy odwiedzić miejscowy cmentarz. Już pobieżny ogląd kilku nagrobków nie pozostawiał wątpliwości jaka społeczność tu zamieszkuje. Przeważały nazwiska polskie, i to znane z okolic, gdzie zamieszkujemy; Zarzecki, Guzewicz, Kmita, Stankiewicz, Bartoszewicz, Marcinkiewicz…
dscf4225

Cerkiew w Grodnie

Następnego dnia zaplanowaliśmy zwiedzanie Grodna. Nasze potrzeby Stanisław potraktował bardzo serio i do oprowadzenia po mieście poprosił młodego historyka, Wołodię. Wkrótce okazało się, że jest to kuzyn jego żony.

Zwiedzanie zaczęliśmy od centrum, a pierwszym zabytkiem na naszej trasie była bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego – od 1991 roku katedra. Pierwotnie był to kościół jezuitów sprowadzonych do Grodna przez Stefana Batorego. Elewacja prezentowała się okazale. Jak się później dowiedzieliśmy, niedawno była remontowana z funduszy polskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Fotografowaliśmy bazylikę z różnych pozycji. W środku obiektu oczy nasze ucieszyła tablica pamiątkowa, poświęcona zabitym i pomordowanym harcerzom z Szarych Szeregów, którzy w czasie II wojny walczyli w obronie Grodna. Nawiązań do czasów wojny było w Grodnie więcej, a najbardziej rzucał się w oczy pomnik – czołg ustawiony na postumencie w centrum miasta. Zaraz za nim zwracała uwagę strzelista architektura siedziby Teatru Dramatycznego. Obok niej przeszliśmy w okolice nadniemeńskie, gdzie były aż trzy ważne obiekty do zwiedzania; Stary i Nowy Zamek oraz cerkiew świętych Borysa i Gleba. Obiekty te oglądaliśmy tylko z zewnątrz, ale z pewnością na tym nie poprzestaniemy przy następnej wizycie w tym mieście.

dscf4202

Sporo emocji dostarczyła nam wizyta w domu Elizy Orzeszkowej, który po kilkakrotnych  zmianach przeznaczenia, ponownie jest siedzibą muzeum naszej sławnej pisarki. Nie było tu problemu z przewodnikiem mówiącym po polsku. Urodziwa blondynka z widoczną przyjemnością zaznajamiała nas z eksponatami z czasów pani Elizy.

Spacer po Grodnie zajął nam kilka godzin i pozwolił wyrobić opinię o mieście. Bez wątpienia jest to ośrodek bardzo atrakcyjny turystycznie, i co też jest ważne, utrzymany we wzorowej czystości. Z zazdrością oglądaliśmy nie tylko czyste ulice w centrum, ale nawet zaułki zieleni wokół zamków, gdzie pojedynczego śmiecia trudno uświadczyć. Jak oni to robią – chciałoby się zapytać, mając na względzie doświadczenia z naszego kraju.

dscf4189

dscf4166

dscf4155

Trzeci dzień naszego pobytu na Białorusi przeznaczyliśmy na grodzieński bazar. Po paru godzinach wertowania straganów odeszliśmy lekko rozczarowani. Asortyment nie odbiegał od tego z naszych bazarów. Nie udało nam się znaleźć nic specyficznego, godnego zabrania do Polski. Skończyło się na zakupie kompletu glinianych garnków i kilku lnianych serwetek.

Krótki pobyt na Białorusi wzbudził chęć na kolejny przyjazd. Tym razem marzy mi się wyprawa transgraniczna kajakiem po Kanale Augustowskim, przed kilku laty solidnie odremontowanym dzięki osobistemu wstawiennictwu prezydenta Łukaszenki. Aby było to możliwe, muszą stopnieć lody polityczne pomiędzy Polską a Białorusią, a przede wszystkim musi zostać wyremontowany niedrożny odcinek kanału po polskiej stronie.

Bazylika
Artykuł publikowany w magazynie krajoznawczym NA SZLAKU nr 5/2010 (239), maj 2010 r.