Tagi

Kiedy się urodziłam, w 1929 roku, mój ociec pracował wtedy w mieście Sejnach jako robotnik, ale pochodzenie miał chłopskie, z gospodarstwa. Stało się tak, gdy mój dziadek Michał Buchowski (1856- 1942) swojego syna a mojego ojca Stanisława (1903-1945) wydziedziczył, za karę, że ten postanowił poślubić córkę robotnika (Weronika Węgrowska 1902- 1989). Dziadek podobno dostawał pomieszania zmysłów, kiedy się dowiedział, że jego syn chce popełnić taki mezalians. Jak to, on bogaty gospodarz z Gawiniańc miał się zgodzić z synową – mieszczką bez posagu? Niechęć dziadka nie trwała jednak długo, bo po kilku latach, w 1932 roku doszedł do wniosku, że ta mieszczka nie jest wcale gorsza od gospodynianki . Opisał wtedy Stanisławowi dwadzieścia mórg ziemi z lasem, dał krowę i ul z pszczołami.

1942r.

Wtedy przeprowadziliśmy się z Sejn na wieś, do Gawiniańc[1]. Tato był bardzo szczęśliwy, do dziś pamiętam wyraz jego twarzy. Za to mama niespecjalnie; nie mieliśmy swojego mieszkania, było więc bardzo ciężko. Zamieszkaliśmy u wujków, Władysławy (1908- 1976)[2] i Franciszka (1900- 1977) Okulanisów. Tato od razu rozpoczął budowę domu. Mimo, że była już po raz drugi w ciąży, mama musiała ojcu pomagać przy piłowaniu desek, opiłowywaniu węgłów, spuszczaniu drzewa itp. Dla ciężarnej kobiety była to bardzo ciężka praca. Jednak nie zaszkodziła. Pierwszego stycznia 1933 r. mama urodziła drugą córkę, Helenę[3]. Urodzin jednak nie pamiętam, chyba musieli wysłać mnie gdzieś poza dom.
Za to chrzciny pamiętam doskonale, było dużo gości, zjechali się stryjkowie; Antek (1893- 1965), Wincenty (1898- 1969), ciotki – prawie cała rodzina. Ojciec był bardzo ambitny, żadnego dziecka nie chrzcił bez przyjęcia gości.

09_06_08_gawieniance_2

Na wiosnę 1933 roku weszliśmy do swojego domu. Miał tylko ściany, dach i piec. Był bez okien, drzwi i podłóg. Nawet mama potrafiła być wtedy przesadnie szczęśliwa. Pamiętam, jak tato zrobił jedną kwaterę podłogi w pokoju, to jeżeli ktoś do nas wszedł, każdemu mama odtańczyła z radości walczyka. Cieszyła się, że tańczy na własnej podłodze. Kiedy już mieszkanie wykończyli, to często pozwalali młodzieży urządzać u nas zabawy. Sami też się bawili, bo oczywiście byli jeszcze młodzi. Po zabawie zawsze ktoś przychodził szorować podłogę, co było formą wdzięczności za udostępnienie mieszkania.

Pamiętam to pierwsze lato we własnym domu. Było bardzo burzliwe. Z braku drzwi i okien rodzice zawieszali je płachtami, a wiatr to wszystko wyszarpywał z powrotem. Była to straszna walka z żywiołem. Po uporaniu się z zasłonięciem otworów chowaliśmy się w komórce i głośno odmawialiśmy różaniec. Do zimy dom wykończono; było już ciepło i przytulnie. Wieczorami tato siadał przy lampie i czytał gazety, a często i różne książki. Mama przygotowywała kolację. Były to naprawdę szczęśliwe wieczory, bo choć nie wszystko rozumiałam, bardzo lubiłam słuchać, jak tato czytał.

Fragment pamiętnika Jadwigi Szczudło, z Buchowskich pt. „Nie zmarnowaliśmy życia”.

[1]3 km od Sejn.

[2]Siostra ojca.

[3]Po mężu Sidor.