Tagi

,

Prawie w każdej rodzinie bywa tak, że ktoś staje się osobą dominującą, wybijającą się ponad przeciętność. Nie zawsze jest to postać kryształowa, jednak zawsze taka, której nie da się ominąć i nie zauważyć.
W rodzinie krasnopolskich Rynkiewiczów z pewnością taką postacią był Józef Rynkiewicz (1871- 1959), syn Benedykta Mikołaja i Franciszki Kraszewskiej. Do bycia szefem szefów miał on stosowne walory. Po pierwsze nosił imię Józef, co w tej rodzinie było nie bez znaczenia. Jak żadne inne, imię to było przypisane do rodziny Rynkiewiczów przez cały okres 250 lat zamieszkiwania na Ziemi Sejneńskiej. Śmiało można powiedzieć, że każdy z Rynkiewiczów miał swojego Józefa; jak nie ojca to brata, jak nie brata to dziadka, jak nie dziadka to syna. Na mojej liście genealogicznej krasnopolskich Rynkiewiczów, z pewnością jeszcze niekompletnej, znajduje się 10 Józefów i dla okrasy chyba, jedna Józefata. Ponadto imię „familijne” po chrystusowym ojcu dostało co najmniej trzech Józefów urodzonych w Stanach Zjednoczonych, potomków naszych emigrantów. Jest i tam „okrasa” – przedstawicielka linii żeńskiej, Josephine. Egzotyczną nieco dokładką do tego jest marokański krewniak, też Józek, tyle że pisany nieco inaczej; Youssef.
Drugim, poza imieniem walorem naszego Józefa 1871 (dla rozróżnienia oznaczmy go rokiem urodzenia), był jego stan posiadania. Jak pisze w swoich wspomnieniach jego wnuczka Janina Kralkowska (1925- 2006), „…dziadek miał 50 mórg ziemi. Córkom dał posag w pieniądzach, a gospodarstwo podzielił pomiędzy czterech synów. Mój tatuś dostał 3 morgi i przygotowanie do zawodu dekarza. Antoni został stolarzem i też dostał 3 morgi ziemi. Trzeciego z synów, Zygmunta ojciec obdzielił czternastoma morgami ziemi. Pozostałe 30 morgów przekazał najmłodszemu, Tadeuszowi, przy którym został aż do śmierci. Żył 94 lata, podczas gdy jego żona a moja babcia zmarła znacznie wcześniej, po moim ojcu, w wieku 51 lat. Dziadek Józef Rynkiewicz sam nigdy nie pracował na roli. Najmował do tego ludzi. Zawsze powodziło mu się dobrze, niczego nie brakowało.”

Rynk_Jozef_1871

Oceniając naszego przodka, musimy pominąć kwestię sprawiedliwości, ale przyznać, że miał odwagę podejmować trudne decyzje i potem z nimi się mierzyć. Żył po swojemu. Inny świadek tamtych czasów, mój ojciec Zygmunt Szczudło też go pamiętał od dziecka. Zwrócił uwagę na fakt, że miał tylko jedno oko. Drugie stracił w czasie wojny, w 1918 roku, kiedy razem z rodziną uciekał przed frontem. Trafił go odłamek granatu.

Tak wspomina swojego dziadka. „…Jako dziecko często przebywałem u Rynkiewiczów w Krasnopolu. Gdy moja mama zamieszkała w Zagówcu, u nich w domu zostało jeszcze kilkoro rodzeństwa; Tadeusz, Janina, Zofia i Zygmunt. Często przyjeżdżali do nas z odwiedzinami i prosili moją mamę, żeby pozwoliła zabrać mnie do Krasnopola. Bawiąc się z Tadeuszem chodziłem do różnych sąsiadów, do kościoła. Dlatego znałem tam dużo ludzi. Wolałem być u nich, gdyż w domu była już siostra Zosia, której mama polecała pilnować i bawić w kołysce. Z babcią pasałem gęsi. Koło domu była bardzo głęboka studnia o brzegach wyłożonych drzewem, gdyż wówczas betonów jeszcze nie stosowano. Będąc przy babce miałem piłkę, która często wpadała do studni, co sprawiało mi przyjemność. Wówczas babcia wołała Tadzia, żeby jakoś ją wybrał. Niekiedy, gdy mamie się znudziło, wysyłała ojca po mnie wozem. Ja się chowałem na piecu, za dziadkiem i mówiłem, że nie pojadę.

Z dziadkami jeździłem też na odpust do Studzienic. Wówczas był taki zwyczaj, że jeździło się po odpustach. Gospodarz zaprzęgał konie, brał drabiniasty wóz i kilka siedzisk. Jeździło się już w sobotę wieczorem, w lesie palono ogniska, gotowano potrawy, śpiewano.

Wspomnę jeszcze o życiu w rodzinie Rynkiewiczów, o czym słyszałem od mamy. Moja babcia, Stefania Rynkiewicz[1] po wyjściu za mąż urodziła dziecko, które po pewnym czasie umarło. W ten sposób po kolei umarło jej 5 czy 6 dzieci. Zrozpaczona tym babcia podjęła decyzję, że kiedy następny raz zajdzie w ciążę, to ofiaruje się iść pieszo do Studzienic, do budowanej tam kaplicy.

Dziadek postanowił, że pojedzie wozem konnym za nią i będzie ją obserwował. Jeśli zasłabnie to zabierze ją na wóz[2]. Babcia dotarła pieszo do celu i od tego czasu urodziła i wychowała jeszcze siedmioro dzieci.”

 

Józef 1871 Rynkiewicz odwiedzał swoją córkę Mariannę kiedy mieszkała już z mężem Janem Szczudło w Zagówcu. Częściej tam zaczął bywać gdy druga córka, Zofia wyszła za Józefa Ziniewicza. Mieszkali w Podgawiniańcach, rodzinnej wsi męża, która faktycznie łączyła się z Gawiniańcami i dalej z Zagówcem. Odwiedziny zwykle odbywały się przy okazji jarmarku w Sejnach. Bywał na nich często, gdyż znany był ze smykałki do handlu. Sam handlował końmi ale woził też Żydów na handel na Litwę.

Rynk_Jozef_1871a

Zygmunt Szczudło wspomina też, że miał okazję zmierzyć się z dziadkiem w sztuce młócenia cepem. Dziadek Józef był bardzo silny, co lubił demonstrować nie tylko w pracy. Kiedyś przy młócce wziął się za bary z młodzikiem – Gienkiem Jabłońskim. Dla sportu „zasrańca” – jak go nazwał, położył na łopatki.

Janina Kralkowska zapamiętała, że miał mocny głos. Używał go kiedy wchodząc na pagórek, strofował swoich pracowników na oddalonym polu.

Był więc Józef 1871 dla Rynkiewiczów autorytetem, typowym samcem Alfa, jak by dziś powiedziano.

Andrzej Szczudło

[1] Stefania ze Stawińskich (24.031874 – 7.01.1939)

[2] Wątek znany z filmu „Przez 7 mostów” z Franciszkiem Pieczką