Bliźnięta w rodzinie

Tagi

,

Dane statystyczne mówią, że aktualnie w Polsce bliźniaki rodzą się raz na 80 porodów. Bliźnięta jednojajowe trafiają się jeszcze rzadziej – raz na 250 urodzeń.

Częstotliwość występowania ciąż mnogich dziś jest wyższa niż przed laty, a to za sprawą licznych leków wspomagających płodność, które stosują kobiety zabiegające o dziecko i leczące się z niepłodności. Szanse na zapłodnienie dwóch lub więcej komórek jajowych znacznie rosną ze względu na stosowanie terapii hormonalnych, środków stymulujących owulację a także nowoczesnych metod zapłodnienia in vitro.

Odnosząc te dane do swojego drzewa genealogicznego mógłbym spodziewać się, że na 2700 osób będzie około 33 bliźniąt czyli 16 par. Jednakże moja praktyka genealoga tego nie potwierdza. Udało mi się wyodrębnić metryki tylko kilku par bliźniąt; dwie Buchowskich i jedną Szczudłów.
Najstarszymi bliźniakami na moim drzewie są synowie Pawła Szczudło (1809- 1895) i Marianny z Gorczyńskich (1801- 1885). Dzieci urodziły się w 1837 roku w Żegarach a więc już 5 lat po pierwszym odnotowanym pojawieniu się Szczudłów pod Sejnami.

Ciekawostką jest, że obaj chłopcy otrzymali podwójne imiona, co w chłopskich rodzinach było wówczas raczej rzadkością. Inną miłą mi informacją był fakt, że świadkiem był ktoś pochodzący ze Świacka, miejscowości oddalonej o 55 km od miejsca zamieszkania rodziców dzieci, ale ledwie o kilka km od domniemanego miejsca pochodzenia rodziny Szczudłów (parafia Teolin / Sopoćkinie). To dowód na to, że Paweł Szczudło po opuszczeniu stron ojczystych i zamieszkaniu w Żegarach nadal utrzymywał z nimi kontakty, tu w formie zaproszenia znajomego czy byłego sąsiada na chrzestnego.


„Działo się we wsi kościelnej Berżnikach dnia 21 lutego 1837 roku o godzinie 6 wieczorem. Stawił się Paweł Szczudła (potem nazwisko występuje w wersji „Szczudło”) wyrobnik ze wsi Żegar lat 25 mający w obecności Franciszka Koczupskiego ze wsi Świacka lat 39 i Ignacego Makarewicza ze wsi Żegar lat 45 mających – obu wyrobników – i okazał nam dwoje dzieci płci męskiej urodzone tamże w Żegarach dnia 19 bieżącego miesiąca i roku o godzinie 9 z rana z jego małżonki Marianny z Gorczyńskich lat 23 mającej. Dziecięciom tym na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostały imiona, pierwszemu – Jan Józef, a drugiemu – Wincenty Maciej a rodzicami chrzestnymi byli wyżej wspomniani, Jana – Franciszek Koczupski i Antonina Woranowiczowna, Wincentego zaś Ignacy Makarewicz i Katarzyna Wasilewska…”

Bliźnięta w rodzinie Buchowskich to współcześni nam Helena i Eugeniusz z Łumbi urodzeni 25 stycznia 1951 r. oraz Helena i Teresa (po mężu Bykowska, zmarła w 2015 r.) z Gawieniańc urodzone 13 lutego 1959 r. Chociaż mają wspólnego przodka, Antoniego z Gudyni pod Mariampolem, pary pochodzą z innych linii, wyodrębnionych przez dzieci Antoniego; pierwsi Dominika, drugie – Michała.

Moje drzewo genealogiczne nie jest kompletne i być może uda się jeszcze znaleźć metryki kolejnych bliźniaków z rodzin, którymi się głównie zajmuję; Szczudłów, Buchowskich czy Rynkiewiczów.

Andrzej Szczudło

Reklamy

Rowerem do krainy przodków

Tagi

, ,

Dziś na moim blogu gości tekst młodego krewniaka, który odbył wspaniałą podróż z genealogią w tle. (A.Sz.)

Koniec liceum, zdana matura, najdłuższe wakacje. To trzy ważne zdarzenia, które trzeba było uczcić. Najlepszym sposobem aby to zrobić, to zrealizować marzenia. Jednym z nich była podróż na Litwę, drugim zobaczyć Krasnopol – ziemie przodków. Był też apetyt na przygody. Rozwiązanie zatem było tylko jedno: rowerem z Wrocławia na Litwę! Po przygotowaniach ruszyłem z kolegą Kornelem Stefańskim. Podróż po Polsce była wspaniała jednak nie spodziewaliśmy się, że aż tak wyczerpująca.
Po drodze nocowaliśmy pod namiotem, nad jeziorami lub za pozwoleniem gospodarzy – na ich ogrodach. Byli to sympatyczni i mili ludzie, którzy kibicowali naszej wyprawie. Dłuższy postój zrobiliśmy trzeciego dnia w Warszawie, bo trzeba było naładować telefony, położyć się choć na chwilę na miękkim łóżku a nie gałęziach pod śpiworem. Poza tym stolica jest fajnym miastem, do którego lubię wracać. Następny dłuższy postój to Krasnopol.

Byłem oczarowany otaczającą go naturą i polami. Krajobraz jest piękny. Mogłem tam odpocząć dzięki Andrzejowi Szczudło, który zorganizował nam nocleg i gościnności Józefa Rynkiewicza oraz jego małżonki Danuty. Wszyscy oni są dla mnie dalszymi krewnymi. W trakcie pobytu wysłuchałem rodzinnych opowieści. Po zapoznaniu się z miejscowością, dawniej miasteczkiem, które okazało się większe niż się spodziewałem, ruszyliśmy na Litwę. I tu doznaliśmy szoku kulturowego. Stan dróg krajowych i podejście kierowców pozostawiają bardzo dużo do życzenia. Nie raz o mały włos nie zostalibyśmy rozjechani, bo kierowcy nie zwracali na nas uwagi. Pędzące tiry sprawiały, że z trudem utrzymywaliśmy się na drodze nie wpadając pod ich koła. Jednak nie zawsze to się udawało; dzięki nim rów został zaliczony. Były i inne trudności, np. ciężko było nam uzupełnić po drodze zapasy, bo w sklepach zbytnio nie było wyboru.

Dojechaliśmy jednak do Troków (na zdjęciu obok), naszego pierwszego celu na Litwie, gdzie znajduje się wielki i pięknie usytuowany zamek. Z Troków mieliśmy już bardzo blisko do Wilna. Szczęśliwi, że tu jesteśmy, zwiedziliśmy miasto i trochę złapaliśmy tchu. Następnie na trasie było Kowno, gdzie znajduje się ciekawy zamek. I tu zakończyliśmy swoją podróż, rezygnując z pierwotnego celu naszej podróży jakim była Kłajpeda. Względy bezpiecznej podróży, niemożliwość wykąpania się i zmęczenie przesądziły o powrocie.

Kornel Stefański – kolega Filipa w wyprawie na Litwę. 

W drodze powrotnej, ponownie dzięki Andrzejowi Szczudło, mieliśmy wygodny nocleg, tym razem u jego rodziny w Gawieniańcach pod Sejnami. Zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem z Augustowa. W drodze do Wrocławia mieliśmy przesiadkę w Warszawie. Przekonaliśmy się jednak, że jazda z rowerem w pociągu nie jest prosta, gdyż PKP nie są przygotowane na taką ilość podróżujących rowerami. Musieliśmy czekać na dworcu aż 12 godzin zanim kolejarze zmieścili nas w pociągu. Po 16 dniach, 13 sierpnia br. wróciliśmy do domu. Zmęczeni, szczęśliwi na widok prysznica, ładowarki i miękkiego łóżka. Mimo różnych perypetii to nie ostatnia nasza taka wyprawa. Już planujemy następną. Ja dodatkowo jestem zadowolony że mogłem zobaczyć Krasnopol i poczuć zapach ziemi moich przodków.
Filip Rynkiewicz, Wrocław (na zdjęciu poniżej przed Ostrą Bramą w Wilnie)


Linia rodowa autora: Filip ur. 1998 –> Zbigniew ur. 1959 –> Józef Franciszek (1934- 1984) –> Józef Franciszek (1900- 1937) –> Józef (1871- 1959) –> Benedykt Mikołaj (1842- 1899) –> Jan Piotr (1819- 1884) –> Benedykt (1780- 1848) –> Szymon (1750- 1820).

Intrygujące przypadki

Tagi

,

Wśród tematów, które od dawna mam zaplanowane na blog jest wątek o dziwnych przypadkach. Chodzi o niewytłumaczalne zbieżności w datach urodzin. Gromadząc dane swojej rodziny i rodzin skoligaconych zauważyłem, że dosyć często te same daty występują wielokrotnie. Najlepszym przykładem jest moja najbliższa rodzina. Mój ojciec Zygmunt urodził się 19 sierpnia. Ten sam dzień urodzenia ma jego najmłodszy syn a mój brat Krzysztof. Byliśmy o krok od „hat tricka”, mówiąc językiem sportowym, gdyż nasz młodszy syn Karol Hubert (trzecie pokolenie) urodził się 18 sierpnia po godzinie 20.00. Gdyby tak jego matka wyczekała cierpliwie jeszcze 4 godziny, „hat trick” byłby kompletny.
Kolejna zbieżność dat urodzenia dotyczy mojego brata Zdzisława Zenona, który przyszedł na świat 8 listopada, tak jak jego mateczna babka Weronika z Węgrowskich Buchowska.

Zastanawiające zagęszczenie urodzin wokół dwóch dni; 13 i 14 czerwca pojawia się w rodzinie Kaczmarków z Leszna. To z niej wywodzi się moja żona Aldona, urodzona 13 czerwca. Jej młodszy o 8 lat brat Rafał urodził się 14 czerwca. Tym razem nie znamy dokładnego czasu narodzin aby potwierdzić, że podobnie jak we wcześniejszym przykładzie, ta różnica może sprowadzać się do kilku godzin. Humor poprawia tu przedstawiciel kolejnego pokolenia, syn Rafała Łukasz, który ma „w papierach” datę jak ciocia – 13 czerwca.
Co ciekawe, problem ten gnębi i innych genealogów, o czym przekonałem się podczas III Konferencji Genealogicznej w Brzegu w 2016 roku. W dyskusji podnosiła go pani Zofia Alfreda Mierzwa z Katowic.
Póki co nie słyszałem merytorycznego wystąpienia biologów na ten temat, ale być może jakaś interpretacja tego zjawiska już jest. Jeśli ktoś ją zna, to czekam na stosowne linki lub podpowiedzi.

Szukając emigranta…

Tagi

,

Pracując nad genealogią rodziny Rynkiewiczów z Krasnopola i okolic, którzy są moimi krewnymi z matecznej linii ojca, dowiedziałem się że mają oni krewnych w gronie emigrantów do Ameryki. Dzięki dotarciu do tych żyjących tam dzisiaj dowiedziałem się gdzie szukać ich śladów.

W ten sposób zmotywowany jak nigdy dotąd, w 2014 roku trafiłem do miasteczka Shenandoah w Pensylwanii. I tu zaskoczenie. W miasteczku liczącym dziś około 5 tys. mieszkańców jest ponad 10 cmentarzy. Aż roi się na nich od nazwisk kojarzących się z Suwalszczyzną; polskich i litewskich.

Chcąc coś z tym zrobić, przez kilka godzin fotografowałem nagrobki, w czym dzielnie sekundowali mi członkowie rodziny. Pod koniec pobytu w tym miejscu udało mi się dotrzeć do Andy’ego Ulicnego (Czech z pochodzenia) – lokalnego miłośnika historii i genealogii, który miał na komputerze bazę danych o osobach tu pochowanych. Bez żadnych oczekiwań z mojej strony udostępnił mi wszystkie dane.

Dysponując bazą danych osób pochowanych w Shenandoah – mieście, które w szczycie amerykańskiego boomu węglowego miało około 25 tys. mieszkańców, chciałbym podzielić się informacjami z rodzinami emigrantów. Chętnie pomogę zainteresowanym genealogią w identyfikacji pochowanych w Shenandoah. Proszę pisać do mnie na adres mailowy; aldand@o2.pl
Shenandoah, PA – początki osadnictwa w 1820 r., założenie miasta w 1866 r., w 1870 r. – 3 tys. mieszkańców, 1890 r. – 16 tys., 1910 r. – 26 tys., 1950 r. – 16 tys., 2010 r. – 5 tys. osób.
Andrzej Szczudło, Wschowa (Sejny), tel. +48/503 147 841

Augustowska tragedia

Tagi

,

12 lipca to w naszym kalendarzu historycznym Dzień Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej. Głośno słyszymy o niej dopiero od 1989 roku, kiedy zmienił się system polityczny.
Wychowałem się w Sejnach, gdzie ukończyłem szkołę podstawową i liceum ogólnokształcące. Byłem uczniem aktywnym, który miał bardzo dobre oceny z historii i nauk politycznych, z sukcesem brał udział w różnych olimpiadach regionalnych i historycznych. Wydawało mi się, że nieźle znam historię kraju i regionu. Jednak nigdy z ust nauczyciela nie usłyszałem o Obławie Augustowskiej. Dopiero jako dorosły poznałem prawdę o tym tragicznym wydarzeniu.
Przypomnijmy jak to było. II wojna światowa zakończyła się 8 maja 1945 roku. Znaczna część wojsk sowieckich zakończyła ją w okolicach Berlina, skąd armia radziecka miała sporo kilometrów do domu. Droga wiodła przez Polskę, szczęśliwą z powodu wyzwolenia spod okupacji niemieckiej. Jednak szczęście to zakłócały powszechne ekscesy czerwonoarmistów, którzy po swojemu egzekwowali prawo zwycięzcy. Tereny polskie, a szczególnie tzw. Ziemie Odzyskane traktowali jako zdobycz, po rosyjsku „trofiejne”. Grabieże, niszczenie mienia, gwałty i zabójstwa były na porządku dziennym. W takiej sytuacji w lasach Puszczy Augustowskiej i okolic ożywiło się poakowskie podziemie, biorąc rewanż za swoje krzywdy. Reakcją na to była opracowana przez radzieckie dowództwo akcja przeczesywania lasów w północno – wschodniej Polsce, nazwana później Obławą Augustowską.
Obława, która miała miejsce w dniach 12- 18 lipca 1945 roku, objęła teren powiatów augustowskiego, suwalskiego i sokólskiego, powierzchnię 3472 km kwadratowe łącznie. Uczestniczyło w niej 45 tysięcy żołnierzy 50 Armii III Frontu Białoruskiego, dwie kompanie wojska polskiego oraz pewna ilość funkcjonariuszy milicji obywatelskiej i polskiej służby bezpieczeństwa. Pomoc Polaków ze służb miała charakter głównie logistyczny; dostarczanie wykazów osób związanych z konspiracją, ujawnianie ich miejsc zamieszkania a także rola przewodników po terenie.
W praktyce akcja polegała na wyłapywaniu podejrzanych przez rozstawionych co 6- 8 metrów żołnierzy, idących na przełaj przez pola i lasy. Osoby zatrzymane kierowano na punkty weryfikacyjne, gdzie ostatecznie decydowano o dalszym zatrzymaniu lub puszczano na wolność. W ten sposób wyodrębniono 600 osób, które na koniec zostały załadowane na samochody i wywiezione w nieznanym kierunku. Do tej pory, przez 72 lata nie znaleziono prochów ani jednej osoby. Obława Augustowska nazywana jest Małym Katyniem, gdyż przyniosła zagładę reszcie uratowanej z pożogi wojennej inteligencji regionu.

List rodzin zaginionych w Obławie Augustowskiej do Wojewody.

W Obławie Augustowskiej zginęło kilka osób z mojej rodziny. Najbliższym z nich był szwagier mojego dziadka Stanisława Buchowskiego, Witold Okulanis urodzony 16.01.1896 r. we wsi Gawieniańce, rodowej wsi Buchowskich z Sejneńszczyzny. Osierocił siedmioro dzieci.

Na zdjęciu: Witold Okulanis z żoną Agatą z Buchowskich i dziećmi.

Drugim zaginionym w Obławie Augustowskiej był Wincenty Michalski ur. 6.11.1925 r. we wsi Daniłowce, syn szwagra wspomnianego powyżej dziadka Stanisława.
To brzmi jak paradoks, ale mojemu Ojcu, życie uratowali Niemcy. Kiedy obława szła przez wieś Zagówiec, rąbał ze swoim ojcem drzewo. Przebywał tam ledwie od kilku miesięcy, dochodząc do zdrowia po półrocznej katorżniczej pracy przy kopaniu okopów.

Zygmunt Szczudło – foto z 1946 r. 

Zaczęło się pod Wigrami, a skończyło przy Mierzei Wiślanej. Wyzwolony przez żołnierzy armii radzieckiej pociągiem przez zrujnowaną Warszawę wracał do domu. Trasa pociągu zakończyła się w Białymstoku, więc dalszy odcinek ponad 120 km musiał pokonać pieszo. Maszerując kilka dni stale był częstowany przez ludzi z mijanych wiosek, gdyż był to okres świąt wielkanocnych. Zagłodzony na okopach zdrowiem zapłacił za nagłą obfitość jedzenia. Doszedł do domu ledwie żywy i potem na ziółkach matki powoli dochodził do siebie. I w takim stanie zastali go żołnierze z obławy. Dali mu spokój kiedy usłyszeli, że był na okopach u Niemca, co domyślnie oznaczało, że nie mógł być wtedy w partyzantce. Tak to niemieckim oprawcom zawdzięczał uratowanie przed „wyzwolicielami”.

Weekend z genealogią

Tagi

, , ,

Już kilka razy zdarzały mi się w życiu okazje, aby „popełnić” podroż genealogiczną i zawsze były to wyprawy udane, do których wraca się w opowieściach przy rodzinnym stole. Nie zdarza się to często głównie dlatego, że mam obowiązki rodzinne i dopiero po ich wypełnieniu mogę pomyśleć o swojej pasji. W podtekście tego jest informacja, że członkowie rodziny w moim „wariactwie” raczej nie uczestniczą. Pozwalam więc sobie na podróże genealogiczne wtedy, kiedy wyprawa ma także inne, rodzinne cele. Tym razem celem była podroż do Czerska, na Pomorze, w celu przywiezienia do Wschowy amerykańskich gości. Data odbioru przybyszów z USA wyznaczona była na 2 maja, więc po szybkim oglądzie kalendarza uznałem, że można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwsza pieczeń to oczywiście odbiór gości, druga – odwiedziny krewniaków w pomorskich okolicach.
W niedzielę 30 kwietnia wyruszyliśmy z żoną ze Wschowy i pod wieczór byliśmy blisko Gdańska. To „blisko” w szczegółach oznaczało Galerię Szczudło w miejscowości Straszyn, gmina Pruszcz Gdański. Wybraliśmy się tam ponieważ znałem to miejsce wirtualnie a chciałem poznać namacalnie. Już od kilku lat wiedziałem z Internetu, że jest to Galeria prowadzona przez Bohdana Szczudło a od kilku lat, po rozmowie telefonicznej z jej właścicielem, że ta linia Szczudłów ma swój początek na Ziemi Grodzieńskiej. Moja też, więc powód wyjazdu był raczej oczywisty.
Przed wyjazdem na Pomorze odwiedziłem stronę internetową Galerii Szczudło http://galeriaszczudlo.pl/ i z przyjemnością dowiedziałem się, że w dniu naszego przyjazdu planowany jest tam koncert jazzowy. Zdążyliśmy na czas i mieliśmy okazję wysłuchać koncertu dwuosobowego zespołu w składzie fortepian i puzon.

Część utworów była śpiewana i tu świetnie się sprawdził puzonista Mieczysław Musiał. W trakcie koncertu prowadziliśmy pierwsze rozmowy z gospodarzem obiektu, Bohdanem Szczudło i jego żoną Aleksandrą, którzy obsługując gastronomicznie gości przy stolikach, ze wszystkimi mieli do pogadania. Widać było, że grono publiczności stanowili dobrzy znajomi muzyków i obsługi. Dopiero po zakończeniu koncertu był czas na dłuższe Szczudłów rozmowy, oczywiście z przewagą genealogii. Wtedy też poznaliśmy drogę życiową Bohdana Szczudło, rzeźbiarza i przedsiębiorcy. Urodził się w 1957 r. w Gdańsku, tam też wychował i wykształcił. Dobrze wspomina wyjazdy do babci w Reszlu i do kuzynów w Kętrzynie. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, a w roku dyplomowym, 1980 w ramach wymiany międzyuczelnianej przeniósł się do Berlina, gdzie studiował rzeźbę. Dyplom uczelni niemieckiej uzyskał w 1986 roku. Po powrocie do kraju z powodzeniem prowadził przedsiębiorstwo w branży elektronicznej, zanim zrealizował projekt pt. Galeria Szczudło, która jest jednocześnie galerią i miejscem do organizowania imprez.

Bohdan Szczudło ma w swoim dorobku wiele rzeźb, ale najwięcej satysfakcji wyniósł ze współpracy z grupą wykonującą tablice Pomnika Katyńskiego. Jest tu nie tylko wyraz emocji artystycznych ale i osobisty wątek, bo dziadek Bohdana, Piotr Szczudło, który był przedwojennym policjantem, zginął w Katyniu.
Nasz pobyt w Straszynie trwał niecałą dobę, bo następnego dnia gospodarz był już zajęty, gdyż w pomieszczeniach Galerii Szczudło szykowano scenografię do nagrania płyty zespołu z Gdańska. Podobne wyzwania obiekt ten ma już za sobą. Świetna akustyka skłoniła kolejną grupę do wykorzystania go do nagrań.
W drugim miejscu, ważnym ze względów genealogicznych, spodziewani byliśmy pod wieczór, więc uzgodniliśmy z żoną, że kilka godzin poniedziałkowego, ale świątecznego przecież przedpołudnia wykorzystamy na zwiedzanie Gdańska. Dosyć przypadkowo, ze względu na lokalizację parkingu, zaczęliśmy od zwiedzania Sanktuarium Królowej Świata Pracy, słynnego dzięki księdzu Henrykowi Jankowskiemu i Lechowi Wałęsie kościoła św. Brygidy.

 

Następnie kroki swoje skierowaliśmy na starówkę, obowiązkowo „zaliczając” ulicę Długą, zatłoczoną przez licznych spacerowiczów. Trudno było dostać coś bez kolejki, więc i na obiad trzeba było trochę poczekać. Po obiedzie i spacerze ruszyliśmy w dalszą drogę, do Malborka. Umówione tam czekały nas dwie ciocie, krewniaczki ze strony krasnopolskich Rynkiewiczów (siostry cioteczne mojego ojca Zygmunta). Ciocia Ania M. gościła córkę z Częstochowy, więc była to dla nas pierwsza okazja do jej poznania.

Grażyna D. już niestety wdowa od 12 lat, przyjechała do Malborka z córką Moniką K. i dwiema wnuczkami, Zuzią i Emilką. Wszyscy cieszyli się ze spotkania i poznania kolejnych członków rodziny. Ja także z uzupełnienia swojej bazy danych o rodzinie.
Po kilku godzinach rozmów wraz z ciocią Wandą K. wyruszyliśmy do Sztumu, do domu jej córki Andrzeliny S., gdzie mieliśmy umówiony kolejny nocleg. Zanim ruszyliśmy do „Luliszek”, trwały nocne rodaków – krewniaków rozmowy o losach rozrzuconej po świecie rodziny Rynkiewiczów. Spora jej część trafiła na Wybrzeże, i tu albo w Lubuskiem można by zrobić zjazd rodzinny Rynkiewiczów rodem z Krasnopola na Suwalszczyźnie. Taki wyjazd i spotkania integrujące rodzinę to przygotowania do podjęcia inicjatywy o ewentualnym zjeździe familijnym.
Następny dzień, wtorek 2 maja był dla naszych gospodarzy dniem roboczym. Wyjechaliśmy więc po śniadaniu w krótką, ledwie kilkunastokilometrową podróż do Nowej Wsi, gdzie z radością i kawą czekała nas ciocia Wanda K., matka Andrzeliny. Trasę wyrysowaną mieliśmy na kartce, ale na wszelki wypadek włączyłem GPS. Nie bez trudu wyszukałem Nową Wieś pod Sztumem, gdyż wsi o tej nazwie moje urządzenie pokazało aż 38. W domku pod lasem ciocia przywitała nas spodziewaną kawą i ciastem. Po obejrzeniu dosyć sporej posesji wróciliśmy do domu.

Spotkaliśmy tam wnuków cioci, Erika i Adama R., synów Stelli, drugiej z córek Wandy. Stelli w domu nie było, gdyż przebywała w szpitalu, lecząc kontuzje po niefortunnym upadku na podwórzu siostry. Wizyta u cioci Wandy trwała dosyć krótko, gdyż w sprawach rodzinnych byliśmy dogadani podczas zeszłorocznego spotkania u Andrzeliny.
Tego dnia mieliśmy odebrać z Czerska i zawieźć do Wschowy naszych amerykańskich przyjaciół; Marthę i TJ Stearów. Dobrze im było u krewniaków więc godzinę odbioru przesunęli na 17.00. Dało to nam szansę na zwiedzenie zamku krzyżackiego w pobliskim Malborku. Nie przeszliśmy całej trasy z przewodnikiem, bo trwało to zbyt długo, aż 3,5 godziny, ale widzieliśmy wystarczająco wiele, żeby mieć wyobrażenie o potędze zakonu krzyżackiego i obiektu w Malborku. Naszą grupę polskojęzyczną obsługiwał jeden z 300 przewodników, pracujących na zamku. Skupiał się on na ciekawostkach i faktach, które burzyły powszechny, utrwalony w Polakach (głównie przez dzieło Henryka Sienkiewicza i jego ekranizację) pogląd na zakon krzyżacki. W pewnym momencie pokazał np. wymalowane na ścianie herby rodowe krzyżaków, których większość nazwisk brzmiała bardzo po polsku. Uśmiechami kwitowali turyści te rewelacje.
Zgodnie z umową, na 17.00 byliśmy już w Czersku, skąd odebraliśmy amerykańskich gości. W dosyć przyzwoitym czasie, trochę po ogłoszeniu ciszy nocnej, byliśmy we Wschowie. W ten sposób zamknęliśmy program naszej podróży z genealogią w tle.

Szczudło, Szczudły, Szczudłów

Z oczywistych przyczyn, swoim nazwiskiem interesowałem się od zawsze, jego pochodnymi dopiero kiedy złapałem bakcyla genealogii. Dosyć szybko dowiedziałem się, że są w Polsce miejscowości nawiązujące do mojego nazwiska, wsie: Szczudły pod Ełkiem i Szczudłów koło Łodzi. Z ojczystych Sejn bliżej mi było na Mazury i Warmię, więc najpierw odkryłem Szczudły. Widziałem je na mapie a gdzieś około 2006 roku przejeżdżałem w pobliżu. Jadąc trasą z Augustowa do Ełku w pewnym momencie zauważyłem znak drogowy z napisem „Szczudły 2”.

W samochodzie było nas dwoje – ja i żona, więc uznałem że „Szczudły dwa” powinny się tutaj zatrzymać. Tak też zrobiliśmy. Nie byliśmy wtedy gotowi do zjechania z drogi i pokonania 2 km polnej drogi do wsi. Zadanie to odłożyliśmy na później, ale od ręki uwieczniliśmy znak drogowy na zdjęciu. Od 2007 roku firmuje ono moją stronę internetową http://www.szczudlo.eu
Kolejna okazja odwiedzenia wsi Szczudły pojawiła się dopiero w 2012 roku. Tym razem był czas na półgodzinne zatrzymanie i rozpoznanie sytuacji. Zjechaliśmy z asfaltu w piaszczystą drogę i po pokonaniu trasy 2 km byliśmy w Szczudłach. Swoje pytania o mieszkańców skierowaliśmy do sołtysa. Niestety rozczarował nas mówiąc, że nie ma tu i za jego czasów nie było nikogo z nazwiskiem Szczudło. Cóż było począć; zrobiliśmy parę fotek i w drogę.
Z czasem udało mi się nabyć książkę Grzegorza Białuńskiego pt. „Kolonizacja Wielkiej Puszczy (do 1568 roku – starostwa piskie, ełckie, straduńskie, zelkowskie i węgoborskie (węgorzewskie)”, Olsztyn 2002. Z tego opracowania oraz z Wikipedii wiem, że wieś Szczudły powstała bardzo dawno temu w ramach kolonizacji południowych i wschodnich terenów państwa Zakonu Krzyżackiego.

Wieś Szczudły  w gminie Kalinowo. 

Źródła podają, że wieś została założona w 1473 roku. Komtur ryński J.Ramung v. Rameck nadał Andrzejowi Raczce (Retzke) 8 włók na prawie magdeburskim z obowiązkiem pół służby zbrojnej. Kilka lat później, w 1479 roku wieś Szczudły występuje w wykazie bartników i rybaków z prokuratorii ełckiej.
W 1552 roku mieszkańcy wsi otrzymali następne 15 włók. W roku 1895 wieś, której nazwa do 1926 roku brzmiała Sczudlen, potem do 1945 Georgsfelde, liczyła już 18 gospodarstw o łącznej powierzchni 320 ha. W liczbie 136 mieszkańców było 9 Niemców, 126 Mazurów i 1 Polak. Wszyscy byli ewangelikami. U progu II wojny światowej, w 1939 roku było tam 96 mieszkańców w 18 domach. Gospodarstw rolnych 12.
Od 1945 roku wieś Szczudły zasiedlali mieszkańcy pobliskiej Suwalszczyzny, osadzeni wśród trzech rodzin autochtonów uważających się za Niemców. Dane z roku 1978 wykazują już tylko 32 mieszkańców i 7 gospodarstw. Przez 6 kadencji sołtysem wsi Szczudły był Antoni Bielski.
W latach 1975- 1998 wieś Szczudły przynależna była do województwa suwalskiego, aktualnie jest w warmińsko – mazurskim, powiecie ełckim, gminie Kalinowo.
Do wsi Szczudłów położonej w gminie Łowicz, powiecie łowickim, województwa łódzkiego, jeszcze nie udało mi się dotrzeć. Przejeżdżałem tuż obok kilkakrotnie ale pośpiech nie pozwolił na zatrzymanie i wywiad z sołtysem. Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś to się uda. Raport na ten temat z pewnością pojawi się na blogu.

Kazimierz Rynkiewicz – pierworodny syn Szymona i Agnieszki Kiemskiej

Tagi

, ,

Kazimierz Rynkiewicz był najstarszym synem Szymona i Agnieszki Kiemskiej. Urodził się prawdopodobnie w Wiłkokuku w parafii berżnickiej, czego nie można potwierdzić, gdyż nie udało się odnaleźć żadnych dokumentów świadczących o jego miejscu urodzenia. Później wraz z rodzicami i bratem Józefem przenieśli się do Żłobina. Około 1795 roku Kazimierz poślubił Helenę z Miszkielów. Na podstawie zachowanych zapisów metrykalnych można przypuszczać, że żona Helena pochodziła z Jeziorek. Tam mieszkali i tam rodziły się ich dzieci: Kazimierz, Ignacy, Józef, Karol i Ewa. Przy życiu pozostał jedynie najstarszy Kazimierz, natomiast Jakub zmarł kiedy miał 8 lat, Józef 2 lata a o Karolu i Ewie nie ma żadnych informacji, prawdopodobnie zmarli bardzo wcześnie.

Z Jeziorek rodzina przeniosła się do Żłobina. Trudno określić rok, w którym to nastąpiło, jednak pewne jest, że ich jedyny potomek, najstarszy Kazimierz był mieszkańcem Żłobina kiedy zawierał związek małżeński w 1820 roku. Matka Kazimierza, Helena z Miszkielów zmarła w 1829 roku w Żłobinie. W akcie zgonu Heleny odnotowano, że pozostawiła męża Kazimierza Rynkiewicza, wyrobnika i syna Kazimierza. Niestety nie zachowała się metryka zgonu seniora Kazimierza. Junior Kazimierz Rynkiewicz mając 27 lat ożenił się z Cecylią Możejko z Krasnopola, wnuczką Kaspra (pisownia oryginalna) Możejki osiedlonego w 1771 roku w Krasnopolu na ulicy Wygierskiej. Małżonkowie doczekali ośmiorga dzieci. Tylko dwóch synów, Bartłomiej i Adam dożyło wieku dorosłego i założyło własne rodziny. Pozostałe rodzeństwo zmarło w wieku dziecięcym. Kazimierz Rynkiewicz ojciec, jak też syn Kazimierz byli wyrobnikami w Żłobinie czyli nie mieli gospodarstwa. Być może senior Kazimierz powrócił do Żłobina na gospodarstwo rodzinne, kiedy jeszcze żył jego ojciec Szymon. W metryce zgonu zapisano, że Szymon Rynkiewicz zmarł będąc gospodarzem w domu pod Numerem 7. W aktach zgonu dzieci Kazimierza i Cecylii, Piotra Ignacego i Tomasza odnotowano iż zejście ich nastąpiło w Żłobinie w domu Nr 7 czyli w tym samym, gdzie mieszkał Szymon. Był to rok 1824, cztery lata po śmierci Szymona. Następnie od 1825 roku w metrykach były już zmieniające się numeracje domów. Można sądzić, że nie mieli stałego zamieszkania, a mieszkali kątem u innych gospodarzy i tam byli wyrobnikami. Los dalszych pokoleń pozostał podobny, również byli wyrobnikami. Powstaje pytanie, czy po śmierci seniora rodu Szymona Rynkiewicza, niegdyś zamożnego gospodarza w Żłobinie, coś się popsuło w relacjach rodzinnych między jego potomkami? W sumie w Żłobinie na gospodarstwie pozostali jedynie synowie Szymona, Józef i Franciszek. Ich brat Benedykt z żoną Agatą z Rydzewskich początkowo był gospodarzem w Żłobinie, pełnił nieznaną już dziś funkcję nadsołtysa. Niestety w późniejszym okresie ani on, ani jego syn Hilary Paweł nie byli gospodarzami, byli wyrobnikami w Żłobinie i w Krasnopolu. Syn Hilarego Pawła, wnuk Benedykta i Agaty z uwłaszczenia otrzymał niewielki kawałek gruntu, być może był to kawałek przydomowego ogródka. Tak samo było z Kazimierzem i jego potomkami. Byli wyrobnikami, najpierw w Żłobinie, później w Krasnopolu. Kazimierz Rynkiewicz, syn Kazimierza zmarł w Żłobinie w 1851 roku. Miał wówczas około 54 lat, był szynkarzem, jego żona pozostała wdową przez 17 lat, zmarła w Krasnopolu jako wyrobnica mając około 75 lat. Bartłomiej i Adam Rynkiewiczowie byli trzecią generacją od Szymona Rynkiewicza. Ich dzieci czyli czwarta generacja, rodzili się w Krasnopolu, jednak byli już ostatnią w krasnopolskiej parafii. Bartłomiej Rynkiewicz będąc kawalerem ożenił się z Magdaleną Lisiewicz, córką krasnopolskiego szewca urodzonego w Przemyślu. Będąc małżeństwem, przez około 12 lat mieszkali w Żłobinie, później przenieśli się do Krasnopola. Byli również wyrobnikami. Ostatnią zapisaną informacją z krasnopolskiej parafii jest metryka urodzenia i chrztu ich najmłodszego syna Walerego, z grudnia 1861 roku. Dalszy los jest nieznany. Na pewno opuścili Krasnopol i parafię, jednak jak na razie nie natrafiłam na ich kolejne miejsce zamieszkania. Zapisy w metrykach odnotowały, iż rodzina ta nie utrzymywała bliższego kontaktu z potomkami Józefa i Franciszka Rynkiewiczów ze Żłobina, jedynie raz ojcem chrzestnym syna Bolesława był Jan Rynkiewicz z linii rodowej Benedykta i Agaty Rydzewskiej.

Akt ślubu Adama Rynkiewicza syna Kazimierza i Cecylii Możejko. 

W najbliższym kontakcie pozostawał ze swoim bratem Adamem, który ożeniony z Teofilą Rupińską z Krasnopola początkowo mieszkał w Krasnopolu, był zagrodnikiem, wyrobnikiem a następnie dostał od losu nową szansę. Został szynkarzem w Kopcu, gdzie funkcjonował w latach około 1863 – 1866, poczym ponownie powrócił do Krasnopola, był już gospodarzem. Z ich małżeństwa urodziło się pięcioro dzieci; cztery córki- Dominika, Michalina, Karolina i Weronika oraz syn Adam. Przy życiu pozostały dwie córki: Dominika i Michalina. Teofila Rynkiewicz była miejscową akuszerką, odbierała porody wiejskich kobiet.

Kościół parafii Przemienienia Pańskiego w Krasnopolu, w którym chrzty, śluby i pogrzeby miało większość Rynkiewiczów z Sejneńszczyzny. 

Zachowała się metryka, w której to odnotowano. Przy tej okazji warto wspomnieć o roli akuszerki zwanej też połogową. Mimo że czasy były trudne, bez opieki medycznej, na wsiach były kobiety, które w swojej społeczności przyuczone przez doświadczone babki, świadczyły swą pomoc przy porodzie. Kiedy dziecko się urodziło, ojciec wraz ze świadkami zgłaszali dziecko do chrztu. W tym przypadku w metrykach nie wymieniano akuszerki, natomiast kiedy rodziło się dziecko kobiety niezamężnej lub ojciec nie był obecny, z różnych powodów, wówczas dziecko wraz ze świadkami zgłaszała akuszerka- połogowa i wtedy z imienia i nazwiska została zapisana w metryce. Dzięki temu w zapisach metrykalnych zachowała się informacja o akuszerkach.
Dalszy los Adama i Teofili jest nieznany, metryki ksiąg krasnopolskich milczą, a inne nie odkryły jeszcze swoich kart. Być może gdzieś daleko żyją ich potomkowie, o których na razie nic nie wiadomo.

Opracowała Lucyna Panasewicz z Rydzewskich z Krasnopola na podstawie metryk AP Suwałki

Rekordziści

Tagi

, , ,

W genealogicznej bazie danych mam już 2406 osób (stan na 30.03.2017 r.) powiązanych ze sobą stosunkiem pokrewieństwa lub powinowactwa. Są w tym gronie osoby zmarłe i żyjące, z kraju i z zagranicy. Wszystkich łączy rodowód z Sejneńszczyzny. Dominuje w nich rodzina Buchowskich, zapoczątkowana przez Antoniego (ok. 1769- 1847), który w erze napoleońskiej przybył pod Sejny ze wsi Gudynie koło Mariampola, na terenie dzisiejszej Litwy. W swoim wykazie naliczyłem dziś 268 osób (8 pokoleń), które urodziły się z nazwiskiem „Buchowski”, „Buchowska”.

Na zdjęciu powyżej: gliniany budynek gospodarczy Buchowskich w Łumbiach.

W rodzinie tej, ale również i w całej mojej bazie danych genealogicznych najbardziej płodny okazał się Jan Buchowski, syn Stanisława Kazimierza (1831- 1899) i Ewy Sidor (1836- 1908), który doczekał się aż 15 potomków. Jan urodził się 6 maja 1859 roku i był drugim z kolei z siedmiorga dzieci Stanisława i Ewy, ale także drugim z ich czterech synów. Urodził się we wsi Gawieniańce – głównej siedzibie rodziny sejneńskich Buchowskich. Po ślubie z Rozalią Soroko, który odbył się w kościele katedralnym w Sejnach 14 stycznia 1886 roku Jan przeprowadził się do Łumbii. Była to ledwie kilka kilometrów dalej położona wieś, miejsce pochodzenia jego małżonki Rozalii Soroko. Rozalia, córka Wincentego i Rozalii Kabelowicz urodziła się 6 stycznia 1869 roku czyli w chwili zamążpójścia miała ledwie 17 lat i z pewnością nie przypuszczała jakie życiowe wyzwania ją czekają.
Na swoje pierwsze dziecko Jan i Rozalia musieli czekać aż półtora roku. Pierworodnym był Stanisław, który uszczęśliwił rodziców 24 czerwca 1887 roku. Był jednym z ośmiu synów swoich rodziców. Pierwsza z siedmiu córek Buchowskich po matce nazwana Rozalią, urodziła się jako trzecie z kolei dziecko, 10 października 1889 roku.
Piętnaścioro dzieci Jana i Rozalii rodziło się w ciągu 24 lat (1887- 1911), a więc średnio co 1,6 roku. Część z nich umierała młodo, co w ówczesnych czasach było nagminne. Nie było czymś bardzo wyjątkowym, ale z pewnością warte odnotowania to, że gdy któreś dziecko umierało, jego imię dawano kolejnemu. W ten sposób mamy na liście dwóch Józefów i dwóch Janów. Pierwszy z Józefów urodził się jako ósme dziecko Jana i Rozalii- w marcu 1900 roku. Drugi Józef, będąc piętnastym, ostatnim dzieckiem – w lutym 1911 roku. Podobnie było z Janami; pierwszy ur 9 lipca 1888 roku, drugi – 15 lutego 1904 r. Przypadek z Janami burzy jednak teorię, że to samo imię dawano ponownie następnemu dziecku, dopiero i tylko wtedy gdy zmarło pierwsze. Nasz Jan „pierwszy” żył do 1973 roku, podczas gdy jego młodszy brat, też Jan, nazwijmy go „drugim”, zmarł po 8 miesiącach życia, w listopadzie 1904 roku.

Metryka ślubu Jana Buchowskiego z Rozalią Soroko.

Dzieci Jana i Rozalii:
1/ Stanisław Antoni (1887- 1887),
2/ Jan (1888- 1973),
3/ Rozalia (1889- 1983),
4/ Anna (1891- 1899),
5/ Marianna (1893- 1982),
6/ Franciszek (1896- 1896),
7/ Agata (1897- ?),
8/ Józef (1900- 1900),
9/ Antoni (1901- 1901),
10/ Teofila (1903- 1903),
11/ Jan (1904- 1904),
12/ Wincenty (1905- 1990),
13/ Aniela (1907- 1907),
14/ Wiktoria (1909- 1909),
15/ Józef (1911- 1993).

Szymon Rynkiewicz ze Żłobina – Senior Rodu

Tagi

, ,

 

 

Szymon Rynkiewicz jest protoplastą wielkiego rodu Rynkiewiczów w parafii krasnopolskiej. Nie wiadomo, gdzie się wszystko zaczęło, gdzie się ów senior urodził, skąd pochodziła jego żona Agnieszka Kiemska? Ciekawości tej jak na razie nie udało się zaspokoić i prawdopodobnie temat będzie ciągle powracał. Może w przyszłości los odkryje pożółkłe karty historii Wielkiego Księstwa Litewskiego i pozwoli na uzupełnienie tego co nurtuje od dawna. Dzięki temu, że zachowały się metryki od 1808 roku z parafii Krasnopol, Sejny, Berżniki udało się odtworzyć historię tego rodu dość dokładnie.

img_0888

Na zdjęciu; Andrzej Szczudło przy tablicy miejscowości (2016 r.)

Szymon Rynkiewicz początkowo mieszkał w Wiłkokuku w parafii Berżniki. Był tam gospodarzem i w Wiłkokuku urodziło się trzech lub dwóch synów: Kazimierz, Józef i być może Antoni. Później około 1774 roku przeniósł się z rodziną do Żłobina, wsi założonej w 1774 roku, należącej do Klucza Pomorskiego z dworem Pomorze i miastem Krasnopol. W 1780 roku Żłobin zamieszkiwało 9 gospodarzy. Zachowany z tego roku spis przedstawia usiew zbóż poszczególnych gospodarzy. Szymon Rynkiewicz nie wyróżnia się szczególną wielkością zasiewanego zboża na tle miejscowej społeczności.

usiew-zboz_zlobin-1780-r

W Żłobinie urodzili się kolejni synowie Szymona: Jakub – ok. 1776 roku, Benedykt w 1780, Wincenty 31.01.1784 r, Szymon – około 1790 roku i Franciszek około 1795 roku. Z ośmiorga dzieci Szymona i Agnieszki, tylko o Antonim nie ma żadnych informacji, być może umarł przed 1792 rokiem, ponieważ w spisie tego roku nie wymienia się go jako współmieszkańca. Bardzo skromna informacja dotyczy również kolejnego syna Szymona, o którego istnieniu świadczą dwie metryki. Jedną z nich jest spisany akt małżeństwa mieszkanki Żłobina Katarzyny Kalinowskiej, w którym wymienia się Szymona Rynkiewicza jako świadka mającego 25 lat. Kolejna metryka jest ostatnią z jego życia; to akt zgonu. Żył 82 lata, zmarł w Żłobinie w 1872 roku. Prawdopodobnie nie był żonaty, może z powodu powstańczych i wojennych zawieruch lub służby w carskim wojsku. Jego zgon zgłosił Stefan Rynkiewicz, wnuk  Franciszka Rynkiewicza – rodzonego brata Szymona. Pozostali synowie pozakładali rodziny. Senior Rodu Rynkiewiczów ze Żłobina, Szymon dożył sędziwego wieku. Zmarł w Żłobinie 23 grudnia 1820 roku w domu pod numerem 7. W akcie zgonu zapisano, że miał 90 lat, co chyba określono niezbyt trafnie. Analizując dostępne metryki można rzec, że w chwili zejścia miał około 80 lat. Jego żona Agnieszka z Kiemskich prawdopodobnie zmarła około 1819 roku. Metryka jej zgonu niestety nie zachowała się, może nawet nie została spisana.

zgon-szymon-rynkiewicz-1820-r-senior-rodu

Rodzina Szymona i Agnieszki była liczna, bogata w męskich potomków, w związku z czym ród rozrósł się a nazwisko przetrwało w różnych częściach świata do czasów obecnych. Najstarszy syn Kazimierz Rynkiewicz poślubił  Helenę z Miszkielów. Początkowo mieszkali w Jeziorkach, później w Żłobinie. Potomkiem Kazimierza i Heleny był syn Kazimierz z żoną  Cecylią Możejko. Małżonkowie mieszkali w Żłobinie. Pozostawili po sobie dwóch synów; Bartłomieja ożenionego z Magdalena Lisiewicz i Adama z żoną Teofilą Rupińską. Być może obaj z rodzinami wyemigrowali. Drugi syn imieniem Józef pozostał na gospodarstwie w Żłobinie. Najpierw był żonaty z Teresą z Pachutków, a po jej śmierci z Maryanną Frąckiewicz. Linia rodowa bardzo duża, związana ze Żłobinem ale też z emigracją do USA. Kolejny syn – Jakub mieszkał z żoną Agatą Myszczyńską w Orzechowie i tam zmarł. Jego syn Wincenty z żoną Teresą z Grochowskich początkowo mieszkał w Orzechowie, później przeniósł się do wsi Nowosady w Parafii Święto Jeziory (obecnie Litwa). Tam pozostały jego dzieci i następne pokolenia. Trzy córki Jakuba wyszły za mąż, pozostały w parafii krasnopolskiej. Następny syn Szymona i Agnieszki, Benedykt poślubił Agatę Rydzewską z Krasnopola, z którą mieszkał w Żłobinie. Z licznego potomstwa wieku dorosłego dożyło trzech synów i jedna córka.  Syn Jan Benedykt  ożeniony z Magdaleną Grochowską mieszkał w Żłobinie, zmarł w wieku 25 lat. Wdowa Magdalena wyszła ponownie za mąż za Wincentego Sobolewskiego. Z małżeństwa Jana Benedykta i Magdaleny pozostał jedynie syn Michał. Wychowywał się z ojczymem i być może przyrodnim rodzeństwem we wsi Nowosady w Parafii Święto Jeziory (obecnie Litwa). Będąc dorosłym mężczyzną zawarł małżeństwo z Franciszką Naumowicz z Jeziorek. Przez 17 lat mieszkali w Nowosadach, później przenieśli się do Iwanówki w Parafii Sejny. W Iwanówce zmarł Michał i syn  Franciszek. Z małżeństwa Michała i Franciszki pozostał jedyny syn Stanisław, który ożenił się z Franciszką Gałdzewicz z Radziuszek. Przez kilka lat mieszkali w Iwanówce, następnie przenieśli się do Stabieńszczyzny parafii sejneńskiej. W Stabieńszczyźnie zmarła żona Michała – Franciszka z Naumowiczów. O rodzinie niewiele wiadomo. Dwóch synów  prawdopodobnie wyemigrowało, a dwie córki pozostały w Polsce. Kolejny potomek Benedykta i Agaty to syn Jan Piotr, który ożenił się z Rachelą Krzywicką z Krasnopola i za sprawą ożenku tam zamieszkał. Z Jana Piotra i Racheli Krzywickiej powstał wielki ród „Rynkiewiczów Krasnopolskich”. Potomkowie Jana Piotra i Racheli w większości pozostali w Polsce, tylko nieliczni wyemigrowali do USA. Linia rodowa jest bardzo liczna, nie da się opisać w kilku zdaniach. Ostatni z synów Benedykta i Agaty, Hilary Paweł mieszkał w Żłobinie. Pierwsze małżeństwo zawarł z wdową Antoniną Namiotkiewicz z Kalinowskich, po jej śmierci z Wiktorią Sakowicz. Z obu małżeństw pozostał syn Jan, o którego losie nic nie wiadomo. Jedyna córka Benedykta i Agaty, Anna Rachela wyszła za mąż za Wincentego Milewskiego z Frącek. Tam mieszkali, tam rodziły się ich dzieci i tam zakończyli ziemską wędrówkę. Małżonkowie pozostawili po sobie synów i córki.

Agata Rynkiewicz z Rydzewskich zmarła w Żłobinie, Benedykt ożenił się z wdową Rozalią Bałuta z Milewskich, z którą przeżył 8 lat, zmarła w Żłobinie. Benedykt Rynkiewicz i 18. letni syn Stanisław zmarli w Krasnopolu w tym samym miesiącu i w tym samym roku, 1848.

Kolejnym męskim potomkiem Szymona i Agnieszki był Wincenty. Ożenił się z Katarzyną Szeszko urodzoną w Magdalenowie parafii wigierskiej a zamieszkałą w Jeglówku parafii krasnopolskiej. Małżonkowie mieszkali w Jeglówku. Spośród sześciorga dzieci pozostało w życiu dorosłym dwoje: syn Piotr Łukasz i córka Anna. Piotr Łukasz z żoną Urszulą Borkowską przedłużyli linię rodową w Jeglówku. Następnie ich synowie: Antoni i żona Benedykta Lipiec, Mikołaj i Julia Karłowicz mieli liczne potomstwo, córka Anna wyszła za mąż za Feliksa Karłowicza do Gremzdela. O losie ich dzieci jest mało informacji, wiadomo tylko tyle, że po Antonim i Benedykcie pozostał w Jeglówku syn Antoni z Honoratą z Bałutów a córka Teofila wyszła za mąż za Dominika Zaniewskiego z Jeziorek. Córka Teofili i Dominika, Bronisława dożyła starości, zmarła w Sejnach, syn Władysław zmarł również w sędziwym wieku w Jeglówku. Oboje zmarli w tym samym roku. Z małżeństwa Mikołaja i Julii z Karłowiczów najstarsza córka Wiktoria jako młoda dziewczyna wyemigrowała do USA. Tam wyszła za mąż za Antoniego Sosnowskiego emigranta z Krasnopola. Do dziś żyją w USA ich kolejne pokolenia. O pozostałych dzieciach jak na razie nie ma informacji i będą one przedmiotem dalszych poszukiwań. Najmłodszym synem Szymona i Agnieszki był Franciszek. Tak jak jego starszy brat, Józef pozostał na gospodarstwie w Żłobinie. Wraz żoną Agnieszką Popławską z Jeziorek doczekali licznego potomstwa. Przy życiu pozostał syn Jerzy i trzy córki: Franciszka, Benigna i Aniela. Na gospodarstwie w Żłobinie pozostał Jerzy z żoną  Rozalią z Fadrowskich z Krasnopola a jego następcą został Stefan Rynkiewicz i żona Magdalena z Sosnowskich.  Cztery córki Jerzego i Rozalii założyły rodziny. Franciszek Rynkiewicz żył 81 lat, jego żona 69. Oboje zmarli w Żłobinie.

lucyna1

Aby chociaż częściowo w miarę pozyskanej wiedzy przybliżyć historię Rynkiewiczów ze Żłobina postanowiliśmy wraz z Andrzejem Szczudło –  krewniakiem po Rynkiewiczach i Rydzewskich opisać kolejno linie rodowe synów Szymona i Agnieszki. Wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, będziemy dążyli do poszerzenia wiedzy. Ja osobiście nie poznałam nikogo z Rynkiewiczów wiedząc tylko z opowiadań dziadka i rodziców, że byli naszą rodziną, oczywiście po Maryannie Rynkiewicz, mojej prababci. Moim marzeniem od dzieciństwa było opracowanie genealogii rodu Rydzewskich. To  wszystko stało się za sprawą mojego dziadka Feliksa Rydzewskiego, który lubił opowiadać a ja go lubiłam słuchać. Marzenie o poznaniu genealogii rodu dojrzewało wraz ze mną i teraz staje się faktem. Dzięki rozwijającej się informatyce, metryki archiwalne stały się dostępne. Kiedy myślałam o podróży do Archiwum Państwowego w Suwałkach, przez przypadek natrafiłam na zasoby AP online. Szybko odnalazłam tam Parafię Krasnopol, nie mogłam wprost uwierzyć, że marzenie się spełni. Poświęciłam już kilka lat, niezliczone godziny mrówczej pracy do później nocy, wyprawy do AP w Suwałkach, szukanie grobów na cmentarzach w Krasnopolu. Kiedy „na skróty” odnalazłam metrykę zgonu seniora rodu Andrzeja Rydzewskiego, ze wzruszenia płakałam, prawie całą noc nie spałam, byłam pod ogromnym wrażeniem, że widzę dokument pisany blisko dwa wieki temu. Byłam też zadowolona i wtedy pomyślałam jaka wielka szkoda, że nie ma rodziców i dziadków, którym mogłabym to wszystko opowiedzieć. Głęboko wierzę, że czuwają gdzieś tam nade mną, a myśli moje kierują na właściwe drogi poszukiwawcze.

 

Opracowała Lucyna Panasewicz z Rydzewskich z Krasnopola