Język metryk

Tagi

,

Genealog z metrykami obcuje na co dzień. Po wielu latach pracy z czasem się z nimi oswaja i ziewając szuka w nich tylko dat i nazwisk. Ale czasami trafia na perełki, które z jakiegoś względu wymykają się standardom i sprawiają, że o ziewaniu nie ma mowy.
Dla mnie taką metryką zachowaną w moich zbiorach z innych powodów niż dane krewniaka, jest dokument wypisany w 1834 roku w parafii Berżniki. Najpierw przytoczę go w pełnej treści, a potem skomentuję.
52. Działo się we wsi Kościelnej Berżnikach dnia 30 listopada 1834 roku o godzinie pierwszej z południa. Wiadomo czynimy, że w przytomności świadków Jakoba Libickiego lat 75 tudzież Mateusza Kukowskiego lat 45 mających obu wyrobników we wsi Kościelnej Berżnikach zamieszkałych stronom nie krewnych na dniu dzisiejszym zawarte zostało religijne małżeństwo między Franciszkiem Koszupskim rozwiedzionym z pierwszą żoną wyrobnikiem w mieście Gołdapiu w Kraju Królewsko- Pruskim urodzonym z Krzysztofa i Krystyny z Krauzów małżonków Koszupskich obu już zmarłych a we wsi Świacku zamieszkałym lat trzydzieści óśm mającym a panną Karoliną córką Pawła i Maryanny z Gorczyckich obu już nieżyjących lat 32 liczącą w mieście Serejach urodzoną a we wsi Świacku w służbie zostającą. Małżeństwo to poprzedziły trzy zapowiedzi w dniach 26 października, 2 i 9 listopada roku bieżącego w parafii Berżnickiej. Tamowanie małżeństwa nie zaszło. Małżonkowie nowi oświadczają iż umowy żadnej przedślubnej niezawarli.
Akt ten stawającym i świadkom przeczytany przez nas podpisany został ile że osoby w akcie ujęte pisać nie umieją.

Co mnie tu wzrusza, spyta ktoś? Przede wszystkim to, że metryka jest po polsku, co w kraju pod zaborami przez 123 lata nie było powszechne. Po 1868 roku w moich parafiach metryki były pisane po rusku. Po drugie – ta polszczyzna, ten język. Bardzo mile wspominam słowo „óśm”, które kojarzy mi się z przedwojenną polonistką Zofią Ołeksiuk. Pani ta uczyła mnie języka ojczystego w Sejnach w 1962 roku, zaraz po przenosinach z Olecka w dawnym „Kraju Pruskim”. W Olecku mówiło się „od ośmiu odjąć pięć” a u pani Ołeksiuk musiało być inaczej- „od óśmiu”. Lubię też słowo „tudzież”, które dziś brzmi już archaicznie. Z ciekawością przeczytałem w tej metryce, że w owych czasach mógł być rozwiedziony zwykły wyrobnik (sic!). Atrakcją jest też jego zagraniczne pochodzenie; z Kraju Królewsko- Pruskiego (z Prus Książęcych). Bardzo podoba mi się także określenie „tamowanie małżeństwa”.
Jest w tej metryce kilka innych skojarzeń wynikających z moich dotychczasowych poszukiwań. Mój najważniejszy przodek, „samiec Alfa” rodu po mieczu to Paweł Szczudło (1812- 1895) urodzony w parafii Teolin. Ówczesny Teolin dziś nosi nazwę Spoćkinie a tuż obok znajduje się wzmiankowana w tej metryce miejscowość Świack. Mój pradziadek Adam Szczudło (1847- 1911) był synem Pawła i Marianny Gorczyńskiej, w niektórych metrykach pisanej jako Gorczycka czyli jak w tym dokumencie i także jak ta w Serejach urodzonej.
Jak więc widać na moich przykładach, nawet w z pozoru nudnych metrykach znaleźć można coś oryginalnego, godnego zainteresowania. Zachęcam do poszukiwania perełek wśród zwykłych na oko dokumentów.

Reklamy

Anny dwie

Tagi

,

Po raz kolejny, wertując metryki parafii Sejny trafiłem na fakt, że rodzice mieli dwoje dzieci o tym samym imieniu. Zastanawiający jest upór rodziców, bo chociaż pakiet najczęściej używanych w owym miejscu i czasie imion nie był zbyt bogaty, można było coś znaleźć poza Anną i Marianną.
W tym przypadku dwie Anny pojawiają się w rodzinie Stanisława Buchowskiego(1854- 1940) i Marianny Czepulewicz (1860- ?). Małżeństwo to doczekało się dziewięciorga dzieci, które rodziły się we wsi Łumbie w latach 1881- 1901.

Pierwsza Anna była siódmym z kolei dzieckiem i drugą córką. Przyszła na świat 27 listopada 1896 roku, ale żyła ledwie dwa lata. Zmarła 28 lutego 1898 roku. Po trzech latach od pogrzebu, 6 lutego 1901 roku Stanisław i Marianna Buchowscy witają na świecie swoje dziewiąte dziecko i drugą Annę. Dożywa ona wieku dorosłego i wychodzi za mąż za Jodzisa z Gryszkańc. W czasie II wojny, w zagmatwanej sytuacji partyzanckiego podziemia ginie w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

 

Miłoszowym śladem

Tagi

, ,

Już kilkakrotnie w swoich notach biograficznych wspominałem, że w okresie 11.letniego, formacyjnego, mówiąc językiem Kościoła, etapu zamieszkiwania na Ziemi Sejneńskiej dane mi było stąpać po „miłoszowych śladach”. Chodzi o tzw. Bagna Żegarskie albo Krasnogrudzkie pod litewską granicą, gdzie chadzałem zbierać runo leśne. Patrząc sezonowo, od początku roku, najpierw były to czarne jagody, potem łochynie zwane po miejscowemu pijanicami i wreszcie borówki i żurawiny. Wtedy, w latach 60. minionego już wieku nazwisko Miłosz niewiele mi mówiło. O Czesławie Miłoszu była tylko krótka wzmianka na lekcji języka polskiego, a Krasnogruda kojarzyła się z nazwą wsi nad jeziorem Gaładuś.

Z czasem szeregowej wsi przydano nowych znaczeń, wydobyto z niepamięci ciekawą historię dworku i odbudowano obiekt. Dwór Kunatów, wujostwa Czesława Miłosza w Krasnogrudzie stał się centrum aktywności Fundacji Pogranicze w Sejnach. Kiedy obiekt jest oswojony, nawet modny, trudno się dziwić, że wielu szuka teraz pretekstów aby przyznać się do tego magicznego miejsca, opisać swoje z nim związki. Ja miałem swoje „miłoszowe ślady” a teraz mogę się pochwalić kolejną zdobyczą. Wertując metryki sejneńskie trafiłem na akt urodzenia w Krasnogrudzie Zygmunta Kunatta, dziadka matecznego noblisty. Oto treść metryki;
41. Dwór Krasnohruda.
Działo się w Dworze Krasnohruda dnia 12/24 lutego 1858 roku o godzinie 5 po południu. Stawił się Jaśnie Wielmożny Teofil Kunatt Dziedzic Dóbr Krasnohrudy, Sędzia Pokoju Okręgu Kalwaryjskiego lat 58 liczący we Dworze Krasnohrudzie zamieszkały w obecności Jaśnie Wielmożnego Kazimierza Wolmera Dziedzica Dóbr Hołny Wolmera Sędziego Pokoju Okręgu Sejneńskiego lat 60 liczącego we Dworze Hołny zamieszkałego i Wielmożnego Ryszarda Ejsymontha Dziedzica Dóbr Ilgieniki lat 40 liczącego we Dworze Ilgieniki zamieszkałego i okazał nam dziecię płci męskiej urodzone tamże w dniu 2/14 bieżącego miesiąca i roku o godzinie 2 rano z Jego Małżonki Jaśnie Wielmożnej Johanny z Bohdanowiczów lat 32 liczącej. Dziecięciu temu na chrzcie świętym odbytym / za zezwoleniem Jaśnie Wielmożnego Administratora udzielonem w dniu wczorajszym / we Dworze Krasnohrudzie nadane zostały imiona Zygmunt – Walenty- Karol a rodzicami jego Chrzestnemi byli wyżej wspomniany Jaśnie Wielmożny Kazimierz Wolmer, Wielmożna Aniela Ejsymonth z Wielmożną Elżbietą Paszkiewiczówną.
Akt ten stawającemu i świadkom przeczytany przez stawającego i świadków podpisany został.

W genealogii Minakowskiego ( M.J. Minakowski, Genealogia potomków Sejmu Wielkiego ) sprawdziłem, że wymieniony w powyższej metryce Zygmunt Kunatt (1858- 1935) jest dziadkiem matecznym Czesława Miłosza (1911- 2004); ojcem jego matki Weroniki Kunat (1887- 1945).

 

Przełom

Tagi

, , ,

Od chyba 20 lat twierdziłem, że pierwsze pojawienie się Szczudłów na Ziemi Sejneńskiej datowane jest na 1832 rok, kiedy Paweł Szczudło wziął ślub z Maryanną Gorczyńską. Dziś, jakby w prezencie od św. Mikołaja, dokonałem epokowego dla mnie odkrycia, że przed Pawłem zameldowała się w Sejnach jego siostra Marianna urodzona 1807 r. we wsi Połoździeje w parafii łoździejskiej *. Metryka ślubu Marianny Szczudło z Ignacym Makarewiczem z Żegar urodzonym w Grodnie potwierdza związki naszych Szczudłów z tym rejonem.

 

Poprzednie wskazanie to odnotowane w akcie drugiego ślubu Pawła Szczudło z 1886 roku jego miejsce urodzenia w parafii Teolin, dziś Sopoćkinie. Metryka ślubu Marianny nadto wskazuje wyraźnie kolejne miejsce zamieszkiwania jej rodziców, Andrzeja i Brygidy Trzeciak. Jest nim wieś Położdzieje. Odkryciem jest dla mnie sam fakt istnienia Marianny, gdyż dotąd wiedziałem o tylko dwóch dzieciach Andrzeja i Brygidy Szczudłów; Wincentym i Pawle. Marianna uzupełnia skład rodziny mojego protoplasty do ulubionego na dziś modelu: 2 + 3. Kolejne odkrycie w tym samym akcie ślubu to fakt, że w 1827 roku żyje jej ojciec Andrzej i ustnie udziela zezwolenia na ślub córki Maryanny z Ignacym Makarewiczem.

Wisienką na torcie jest dla mnie fakt, że wzmiankowany akt napisany jest wyraźnym i ładnym charakterem pisma, co zawdzięczamy księdzu z parafii w Sejnach Janowi Dmochowskiemu. Jedyną zagadką do rozwiązania jest pytanie, kim był szwagier, u którego w Łumbiach mieszkała Maryanna Szczudło do dnia ślubu, o czym również dowiadujemy się z metryki. Czyżby do trójki rodzeństwa trzeba było dopisać kolejną siostrę? Byłby to miód na moje spragnione odkryć serce genealoga. Aby tego miodu zasmakować muszę przeszukać wcześniejsze metryki ślubu mieszkańców wsi Łumbie, która jest też dla mnie ważna ze względu na ponad 150. letnie zamieszkiwanie w niej Buchowskich, rodziny mojej Mamy.

Bliźnięta w rodzinie

Tagi

,

Dane statystyczne mówią, że aktualnie w Polsce bliźniaki rodzą się raz na 80 porodów. Bliźnięta jednojajowe trafiają się jeszcze rzadziej – raz na 250 urodzeń.

Częstotliwość występowania ciąż mnogich dziś jest wyższa niż przed laty, a to za sprawą licznych leków wspomagających płodność, które stosują kobiety zabiegające o dziecko i leczące się z niepłodności. Szanse na zapłodnienie dwóch lub więcej komórek jajowych znacznie rosną ze względu na stosowanie terapii hormonalnych, środków stymulujących owulację a także nowoczesnych metod zapłodnienia in vitro.

Odnosząc te dane do swojego drzewa genealogicznego mógłbym spodziewać się, że na 2700 osób będzie około 33 bliźniąt czyli 16 par. Jednakże moja praktyka genealoga tego nie potwierdza. Udało mi się wyodrębnić metryki tylko kilku par bliźniąt; dwie Buchowskich i jedną Szczudłów.
Najstarszymi bliźniakami na moim drzewie są synowie Pawła Szczudło (1809- 1895) i Marianny z Gorczyńskich (1801- 1885). Dzieci urodziły się w 1837 roku w Żegarach a więc już 5 lat po pierwszym odnotowanym pojawieniu się Szczudłów pod Sejnami.

Ciekawostką jest, że obaj chłopcy otrzymali podwójne imiona, co w chłopskich rodzinach było wówczas raczej rzadkością. Inną miłą mi informacją był fakt, że świadkiem był ktoś pochodzący ze Świacka, miejscowości oddalonej o 55 km od miejsca zamieszkania rodziców dzieci, ale ledwie o kilka km od domniemanego miejsca pochodzenia rodziny Szczudłów (parafia Teolin / Sopoćkinie). To dowód na to, że Paweł Szczudło po opuszczeniu stron ojczystych i zamieszkaniu w Żegarach nadal utrzymywał z nimi kontakty, tu w formie zaproszenia znajomego czy byłego sąsiada na chrzestnego.


„Działo się we wsi kościelnej Berżnikach dnia 21 lutego 1837 roku o godzinie 6 wieczorem. Stawił się Paweł Szczudła (potem nazwisko występuje w wersji „Szczudło”) wyrobnik ze wsi Żegar lat 25 mający w obecności Franciszka Koczupskiego ze wsi Świacka lat 39 i Ignacego Makarewicza ze wsi Żegar lat 45 mających – obu wyrobników – i okazał nam dwoje dzieci płci męskiej urodzone tamże w Żegarach dnia 19 bieżącego miesiąca i roku o godzinie 9 z rana z jego małżonki Marianny z Gorczyńskich lat 23 mającej. Dziecięciom tym na chrzcie świętym odbytym w dniu dzisiejszym nadane zostały imiona, pierwszemu – Jan Józef, a drugiemu – Wincenty Maciej a rodzicami chrzestnymi byli wyżej wspomniani, Jana – Franciszek Koczupski i Antonina Woranowiczowna, Wincentego zaś Ignacy Makarewicz i Katarzyna Wasilewska…”

Bliźnięta w rodzinie Buchowskich to współcześni nam Helena i Eugeniusz z Łumbi urodzeni 25 stycznia 1951 r. oraz Helena i Teresa (po mężu Bykowska, zmarła w 2015 r.) z Gawieniańc urodzone 13 lutego 1959 r. Chociaż mają wspólnego przodka, Antoniego z Gudyni pod Mariampolem, pary pochodzą z innych linii, wyodrębnionych przez dzieci Antoniego; pierwsi Dominika, drugie – Michała.

Moje drzewo genealogiczne nie jest kompletne i być może uda się jeszcze znaleźć metryki kolejnych bliźniaków z rodzin, którymi się głównie zajmuję; Szczudłów, Buchowskich czy Rynkiewiczów.

Andrzej Szczudło

Rowerem do krainy przodków

Tagi

, ,

Dziś na moim blogu gości tekst młodego krewniaka, który odbył wspaniałą podróż z genealogią w tle. (A.Sz.)

Koniec liceum, zdana matura, najdłuższe wakacje. To trzy ważne zdarzenia, które trzeba było uczcić. Najlepszym sposobem aby to zrobić, to zrealizować marzenia. Jednym z nich była podróż na Litwę, drugim zobaczyć Krasnopol – ziemie przodków. Był też apetyt na przygody. Rozwiązanie zatem było tylko jedno: rowerem z Wrocławia na Litwę! Po przygotowaniach ruszyłem z kolegą Kornelem Stefańskim. Podróż po Polsce była wspaniała jednak nie spodziewaliśmy się, że aż tak wyczerpująca.
Po drodze nocowaliśmy pod namiotem, nad jeziorami lub za pozwoleniem gospodarzy – na ich ogrodach. Byli to sympatyczni i mili ludzie, którzy kibicowali naszej wyprawie. Dłuższy postój zrobiliśmy trzeciego dnia w Warszawie, bo trzeba było naładować telefony, położyć się choć na chwilę na miękkim łóżku a nie gałęziach pod śpiworem. Poza tym stolica jest fajnym miastem, do którego lubię wracać. Następny dłuższy postój to Krasnopol.

Byłem oczarowany otaczającą go naturą i polami. Krajobraz jest piękny. Mogłem tam odpocząć dzięki Andrzejowi Szczudło, który zorganizował nam nocleg i gościnności Józefa Rynkiewicza oraz jego małżonki Danuty. Wszyscy oni są dla mnie dalszymi krewnymi. W trakcie pobytu wysłuchałem rodzinnych opowieści. Po zapoznaniu się z miejscowością, dawniej miasteczkiem, które okazało się większe niż się spodziewałem, ruszyliśmy na Litwę. I tu doznaliśmy szoku kulturowego. Stan dróg krajowych i podejście kierowców pozostawiają bardzo dużo do życzenia. Nie raz o mały włos nie zostalibyśmy rozjechani, bo kierowcy nie zwracali na nas uwagi. Pędzące tiry sprawiały, że z trudem utrzymywaliśmy się na drodze nie wpadając pod ich koła. Jednak nie zawsze to się udawało; dzięki nim rów został zaliczony. Były i inne trudności, np. ciężko było nam uzupełnić po drodze zapasy, bo w sklepach zbytnio nie było wyboru.

Dojechaliśmy jednak do Troków (na zdjęciu obok), naszego pierwszego celu na Litwie, gdzie znajduje się wielki i pięknie usytuowany zamek. Z Troków mieliśmy już bardzo blisko do Wilna. Szczęśliwi, że tu jesteśmy, zwiedziliśmy miasto i trochę złapaliśmy tchu. Następnie na trasie było Kowno, gdzie znajduje się ciekawy zamek. I tu zakończyliśmy swoją podróż, rezygnując z pierwotnego celu naszej podróży jakim była Kłajpeda. Względy bezpiecznej podróży, niemożliwość wykąpania się i zmęczenie przesądziły o powrocie.

Kornel Stefański – kolega Filipa w wyprawie na Litwę. 

W drodze powrotnej, ponownie dzięki Andrzejowi Szczudło, mieliśmy wygodny nocleg, tym razem u jego rodziny w Gawieniańcach pod Sejnami. Zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem z Augustowa. W drodze do Wrocławia mieliśmy przesiadkę w Warszawie. Przekonaliśmy się jednak, że jazda z rowerem w pociągu nie jest prosta, gdyż PKP nie są przygotowane na taką ilość podróżujących rowerami. Musieliśmy czekać na dworcu aż 12 godzin zanim kolejarze zmieścili nas w pociągu. Po 16 dniach, 13 sierpnia br. wróciliśmy do domu. Zmęczeni, szczęśliwi na widok prysznica, ładowarki i miękkiego łóżka. Mimo różnych perypetii to nie ostatnia nasza taka wyprawa. Już planujemy następną. Ja dodatkowo jestem zadowolony że mogłem zobaczyć Krasnopol i poczuć zapach ziemi moich przodków.
Filip Rynkiewicz, Wrocław (na zdjęciu poniżej przed Ostrą Bramą w Wilnie)


Linia rodowa autora: Filip ur. 1998 –> Zbigniew ur. 1959 –> Józef Franciszek (1934- 1984) –> Józef Franciszek (1900- 1937) –> Józef (1871- 1959) –> Benedykt Mikołaj (1842- 1899) –> Jan Piotr (1819- 1884) –> Benedykt (1780- 1848) –> Szymon (1750- 1820).

Intrygujące przypadki

Tagi

,

Wśród tematów, które od dawna mam zaplanowane na blog jest wątek o dziwnych przypadkach. Chodzi o niewytłumaczalne zbieżności w datach urodzin. Gromadząc dane swojej rodziny i rodzin skoligaconych zauważyłem, że dosyć często te same daty występują wielokrotnie. Najlepszym przykładem jest moja najbliższa rodzina. Mój ojciec Zygmunt urodził się 19 sierpnia. Ten sam dzień urodzenia ma jego najmłodszy syn a mój brat Krzysztof. Byliśmy o krok od „hat tricka”, mówiąc językiem sportowym, gdyż nasz młodszy syn Karol Hubert (trzecie pokolenie) urodził się 18 sierpnia po godzinie 20.00. Gdyby tak jego matka wyczekała cierpliwie jeszcze 4 godziny, „hat trick” byłby kompletny.
Kolejna zbieżność dat urodzenia dotyczy mojego brata Zdzisława Zenona, który przyszedł na świat 8 listopada, tak jak jego mateczna babka Weronika z Węgrowskich Buchowska.

Zastanawiające zagęszczenie urodzin wokół dwóch dni; 13 i 14 czerwca pojawia się w rodzinie Kaczmarków z Leszna. To z niej wywodzi się moja żona Aldona, urodzona 13 czerwca. Jej młodszy o 8 lat brat Rafał urodził się 14 czerwca. Tym razem nie znamy dokładnego czasu narodzin aby potwierdzić, że podobnie jak we wcześniejszym przykładzie, ta różnica może sprowadzać się do kilku godzin. Humor poprawia tu przedstawiciel kolejnego pokolenia, syn Rafała Łukasz, który ma „w papierach” datę jak ciocia – 13 czerwca.
Co ciekawe, problem ten gnębi i innych genealogów, o czym przekonałem się podczas III Konferencji Genealogicznej w Brzegu w 2016 roku. W dyskusji podnosiła go pani Zofia Alfreda Mierzwa z Katowic.
Póki co nie słyszałem merytorycznego wystąpienia biologów na ten temat, ale być może jakaś interpretacja tego zjawiska już jest. Jeśli ktoś ją zna, to czekam na stosowne linki lub podpowiedzi.

Szukając emigranta…

Tagi

,

Pracując nad genealogią rodziny Rynkiewiczów z Krasnopola i okolic, którzy są moimi krewnymi z matecznej linii ojca, dowiedziałem się że mają oni krewnych w gronie emigrantów do Ameryki. Dzięki dotarciu do tych żyjących tam dzisiaj dowiedziałem się gdzie szukać ich śladów.

W ten sposób zmotywowany jak nigdy dotąd, w 2014 roku trafiłem do miasteczka Shenandoah w Pensylwanii. I tu zaskoczenie. W miasteczku liczącym dziś około 5 tys. mieszkańców jest ponad 10 cmentarzy. Aż roi się na nich od nazwisk kojarzących się z Suwalszczyzną; polskich i litewskich.

Chcąc coś z tym zrobić, przez kilka godzin fotografowałem nagrobki, w czym dzielnie sekundowali mi członkowie rodziny. Pod koniec pobytu w tym miejscu udało mi się dotrzeć do Andy’ego Ulicnego (Czech z pochodzenia) – lokalnego miłośnika historii i genealogii, który miał na komputerze bazę danych o osobach tu pochowanych. Bez żadnych oczekiwań z mojej strony udostępnił mi wszystkie dane.

Dysponując bazą danych osób pochowanych w Shenandoah – mieście, które w szczycie amerykańskiego boomu węglowego miało około 25 tys. mieszkańców, chciałbym podzielić się informacjami z rodzinami emigrantów. Chętnie pomogę zainteresowanym genealogią w identyfikacji pochowanych w Shenandoah. Proszę pisać do mnie na adres mailowy; aldand@o2.pl
Shenandoah, PA – początki osadnictwa w 1820 r., założenie miasta w 1866 r., w 1870 r. – 3 tys. mieszkańców, 1890 r. – 16 tys., 1910 r. – 26 tys., 1950 r. – 16 tys., 2010 r. – 5 tys. osób.
Andrzej Szczudło, Wschowa (Sejny), tel. +48/503 147 841

Augustowska tragedia

Tagi

,

12 lipca to w naszym kalendarzu historycznym Dzień Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej. Głośno słyszymy o niej dopiero od 1989 roku, kiedy zmienił się system polityczny.
Wychowałem się w Sejnach, gdzie ukończyłem szkołę podstawową i liceum ogólnokształcące. Byłem uczniem aktywnym, który miał bardzo dobre oceny z historii i nauk politycznych, z sukcesem brał udział w różnych olimpiadach regionalnych i historycznych. Wydawało mi się, że nieźle znam historię kraju i regionu. Jednak nigdy z ust nauczyciela nie usłyszałem o Obławie Augustowskiej. Dopiero jako dorosły poznałem prawdę o tym tragicznym wydarzeniu.
Przypomnijmy jak to było. II wojna światowa zakończyła się 8 maja 1945 roku. Znaczna część wojsk sowieckich zakończyła ją w okolicach Berlina, skąd armia radziecka miała sporo kilometrów do domu. Droga wiodła przez Polskę, szczęśliwą z powodu wyzwolenia spod okupacji niemieckiej. Jednak szczęście to zakłócały powszechne ekscesy czerwonoarmistów, którzy po swojemu egzekwowali prawo zwycięzcy. Tereny polskie, a szczególnie tzw. Ziemie Odzyskane traktowali jako zdobycz, po rosyjsku „trofiejne”. Grabieże, niszczenie mienia, gwałty i zabójstwa były na porządku dziennym. W takiej sytuacji w lasach Puszczy Augustowskiej i okolic ożywiło się poakowskie podziemie, biorąc rewanż za swoje krzywdy. Reakcją na to była opracowana przez radzieckie dowództwo akcja przeczesywania lasów w północno – wschodniej Polsce, nazwana później Obławą Augustowską.
Obława, która miała miejsce w dniach 12- 18 lipca 1945 roku, objęła teren powiatów augustowskiego, suwalskiego i sokólskiego, powierzchnię 3472 km kwadratowe łącznie. Uczestniczyło w niej 45 tysięcy żołnierzy 50 Armii III Frontu Białoruskiego, dwie kompanie wojska polskiego oraz pewna ilość funkcjonariuszy milicji obywatelskiej i polskiej służby bezpieczeństwa. Pomoc Polaków ze służb miała charakter głównie logistyczny; dostarczanie wykazów osób związanych z konspiracją, ujawnianie ich miejsc zamieszkania a także rola przewodników po terenie.
W praktyce akcja polegała na wyłapywaniu podejrzanych przez rozstawionych co 6- 8 metrów żołnierzy, idących na przełaj przez pola i lasy. Osoby zatrzymane kierowano na punkty weryfikacyjne, gdzie ostatecznie decydowano o dalszym zatrzymaniu lub puszczano na wolność. W ten sposób wyodrębniono 600 osób, które na koniec zostały załadowane na samochody i wywiezione w nieznanym kierunku. Do tej pory, przez 72 lata nie znaleziono prochów ani jednej osoby. Obława Augustowska nazywana jest Małym Katyniem, gdyż przyniosła zagładę reszcie uratowanej z pożogi wojennej inteligencji regionu.

List rodzin zaginionych w Obławie Augustowskiej do Wojewody.

W Obławie Augustowskiej zginęło kilka osób z mojej rodziny. Najbliższym z nich był szwagier mojego dziadka Stanisława Buchowskiego, Witold Okulanis urodzony 16.01.1896 r. we wsi Gawieniańce, rodowej wsi Buchowskich z Sejneńszczyzny. Osierocił siedmioro dzieci.

Na zdjęciu: Witold Okulanis z żoną Agatą z Buchowskich i dziećmi.

Drugim zaginionym w Obławie Augustowskiej był Wincenty Michalski ur. 6.11.1925 r. we wsi Daniłowce, syn szwagra wspomnianego powyżej dziadka Stanisława.
To brzmi jak paradoks, ale mojemu Ojcu, życie uratowali Niemcy. Kiedy obława szła przez wieś Zagówiec, rąbał ze swoim ojcem drzewo. Przebywał tam ledwie od kilku miesięcy, dochodząc do zdrowia po półrocznej katorżniczej pracy przy kopaniu okopów.

Zygmunt Szczudło – foto z 1946 r. 

Zaczęło się pod Wigrami, a skończyło przy Mierzei Wiślanej. Wyzwolony przez żołnierzy armii radzieckiej pociągiem przez zrujnowaną Warszawę wracał do domu. Trasa pociągu zakończyła się w Białymstoku, więc dalszy odcinek ponad 120 km musiał pokonać pieszo. Maszerując kilka dni stale był częstowany przez ludzi z mijanych wiosek, gdyż był to okres świąt wielkanocnych. Zagłodzony na okopach zdrowiem zapłacił za nagłą obfitość jedzenia. Doszedł do domu ledwie żywy i potem na ziółkach matki powoli dochodził do siebie. I w takim stanie zastali go żołnierze z obławy. Dali mu spokój kiedy usłyszeli, że był na okopach u Niemca, co domyślnie oznaczało, że nie mógł być wtedy w partyzantce. Tak to niemieckim oprawcom zawdzięczał uratowanie przed „wyzwolicielami”.

Weekend z genealogią

Tagi

, , ,

Już kilka razy zdarzały mi się w życiu okazje, aby „popełnić” podroż genealogiczną i zawsze były to wyprawy udane, do których wraca się w opowieściach przy rodzinnym stole. Nie zdarza się to często głównie dlatego, że mam obowiązki rodzinne i dopiero po ich wypełnieniu mogę pomyśleć o swojej pasji. W podtekście tego jest informacja, że członkowie rodziny w moim „wariactwie” raczej nie uczestniczą. Pozwalam więc sobie na podróże genealogiczne wtedy, kiedy wyprawa ma także inne, rodzinne cele. Tym razem celem była podroż do Czerska, na Pomorze, w celu przywiezienia do Wschowy amerykańskich gości. Data odbioru przybyszów z USA wyznaczona była na 2 maja, więc po szybkim oglądzie kalendarza uznałem, że można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pierwsza pieczeń to oczywiście odbiór gości, druga – odwiedziny krewniaków w pomorskich okolicach.
W niedzielę 30 kwietnia wyruszyliśmy z żoną ze Wschowy i pod wieczór byliśmy blisko Gdańska. To „blisko” w szczegółach oznaczało Galerię Szczudło w miejscowości Straszyn, gmina Pruszcz Gdański. Wybraliśmy się tam ponieważ znałem to miejsce wirtualnie a chciałem poznać namacalnie. Już od kilku lat wiedziałem z Internetu, że jest to Galeria prowadzona przez Bohdana Szczudło a od kilku lat, po rozmowie telefonicznej z jej właścicielem, że ta linia Szczudłów ma swój początek na Ziemi Grodzieńskiej. Moja też, więc powód wyjazdu był raczej oczywisty.
Przed wyjazdem na Pomorze odwiedziłem stronę internetową Galerii Szczudło http://galeriaszczudlo.pl/ i z przyjemnością dowiedziałem się, że w dniu naszego przyjazdu planowany jest tam koncert jazzowy. Zdążyliśmy na czas i mieliśmy okazję wysłuchać koncertu dwuosobowego zespołu w składzie fortepian i puzon.

Część utworów była śpiewana i tu świetnie się sprawdził puzonista Mieczysław Musiał. W trakcie koncertu prowadziliśmy pierwsze rozmowy z gospodarzem obiektu, Bohdanem Szczudło i jego żoną Aleksandrą, którzy obsługując gastronomicznie gości przy stolikach, ze wszystkimi mieli do pogadania. Widać było, że grono publiczności stanowili dobrzy znajomi muzyków i obsługi. Dopiero po zakończeniu koncertu był czas na dłuższe Szczudłów rozmowy, oczywiście z przewagą genealogii. Wtedy też poznaliśmy drogę życiową Bohdana Szczudło, rzeźbiarza i przedsiębiorcy. Urodził się w 1957 r. w Gdańsku, tam też wychował i wykształcił. Dobrze wspomina wyjazdy do babci w Reszlu i do kuzynów w Kętrzynie. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, a w roku dyplomowym, 1980 w ramach wymiany międzyuczelnianej przeniósł się do Berlina, gdzie studiował rzeźbę. Dyplom uczelni niemieckiej uzyskał w 1986 roku. Po powrocie do kraju z powodzeniem prowadził przedsiębiorstwo w branży elektronicznej, zanim zrealizował projekt pt. Galeria Szczudło, która jest jednocześnie galerią i miejscem do organizowania imprez.

Bohdan Szczudło ma w swoim dorobku wiele rzeźb, ale najwięcej satysfakcji wyniósł ze współpracy z grupą wykonującą tablice Pomnika Katyńskiego. Jest tu nie tylko wyraz emocji artystycznych ale i osobisty wątek, bo dziadek Bohdana, Piotr Szczudło, który był przedwojennym policjantem, zginął w Katyniu.
Nasz pobyt w Straszynie trwał niecałą dobę, bo następnego dnia gospodarz był już zajęty, gdyż w pomieszczeniach Galerii Szczudło szykowano scenografię do nagrania płyty zespołu z Gdańska. Podobne wyzwania obiekt ten ma już za sobą. Świetna akustyka skłoniła kolejną grupę do wykorzystania go do nagrań.
W drugim miejscu, ważnym ze względów genealogicznych, spodziewani byliśmy pod wieczór, więc uzgodniliśmy z żoną, że kilka godzin poniedziałkowego, ale świątecznego przecież przedpołudnia wykorzystamy na zwiedzanie Gdańska. Dosyć przypadkowo, ze względu na lokalizację parkingu, zaczęliśmy od zwiedzania Sanktuarium Królowej Świata Pracy, słynnego dzięki księdzu Henrykowi Jankowskiemu i Lechowi Wałęsie kościoła św. Brygidy.

 

Następnie kroki swoje skierowaliśmy na starówkę, obowiązkowo „zaliczając” ulicę Długą, zatłoczoną przez licznych spacerowiczów. Trudno było dostać coś bez kolejki, więc i na obiad trzeba było trochę poczekać. Po obiedzie i spacerze ruszyliśmy w dalszą drogę, do Malborka. Umówione tam czekały nas dwie ciocie, krewniaczki ze strony krasnopolskich Rynkiewiczów (siostry cioteczne mojego ojca Zygmunta). Ciocia Ania M. gościła córkę z Częstochowy, więc była to dla nas pierwsza okazja do jej poznania.

Grażyna D. już niestety wdowa od 12 lat, przyjechała do Malborka z córką Moniką K. i dwiema wnuczkami, Zuzią i Emilką. Wszyscy cieszyli się ze spotkania i poznania kolejnych członków rodziny. Ja także z uzupełnienia swojej bazy danych o rodzinie.
Po kilku godzinach rozmów wraz z ciocią Wandą K. wyruszyliśmy do Sztumu, do domu jej córki Andrzeliny S., gdzie mieliśmy umówiony kolejny nocleg. Zanim ruszyliśmy do „Luliszek”, trwały nocne rodaków – krewniaków rozmowy o losach rozrzuconej po świecie rodziny Rynkiewiczów. Spora jej część trafiła na Wybrzeże, i tu albo w Lubuskiem można by zrobić zjazd rodzinny Rynkiewiczów rodem z Krasnopola na Suwalszczyźnie. Taki wyjazd i spotkania integrujące rodzinę to przygotowania do podjęcia inicjatywy o ewentualnym zjeździe familijnym.
Następny dzień, wtorek 2 maja był dla naszych gospodarzy dniem roboczym. Wyjechaliśmy więc po śniadaniu w krótką, ledwie kilkunastokilometrową podróż do Nowej Wsi, gdzie z radością i kawą czekała nas ciocia Wanda K., matka Andrzeliny. Trasę wyrysowaną mieliśmy na kartce, ale na wszelki wypadek włączyłem GPS. Nie bez trudu wyszukałem Nową Wieś pod Sztumem, gdyż wsi o tej nazwie moje urządzenie pokazało aż 38. W domku pod lasem ciocia przywitała nas spodziewaną kawą i ciastem. Po obejrzeniu dosyć sporej posesji wróciliśmy do domu.

Spotkaliśmy tam wnuków cioci, Erika i Adama R., synów Stelli, drugiej z córek Wandy. Stelli w domu nie było, gdyż przebywała w szpitalu, lecząc kontuzje po niefortunnym upadku na podwórzu siostry. Wizyta u cioci Wandy trwała dosyć krótko, gdyż w sprawach rodzinnych byliśmy dogadani podczas zeszłorocznego spotkania u Andrzeliny.
Tego dnia mieliśmy odebrać z Czerska i zawieźć do Wschowy naszych amerykańskich przyjaciół; Marthę i TJ Stearów. Dobrze im było u krewniaków więc godzinę odbioru przesunęli na 17.00. Dało to nam szansę na zwiedzenie zamku krzyżackiego w pobliskim Malborku. Nie przeszliśmy całej trasy z przewodnikiem, bo trwało to zbyt długo, aż 3,5 godziny, ale widzieliśmy wystarczająco wiele, żeby mieć wyobrażenie o potędze zakonu krzyżackiego i obiektu w Malborku. Naszą grupę polskojęzyczną obsługiwał jeden z 300 przewodników, pracujących na zamku. Skupiał się on na ciekawostkach i faktach, które burzyły powszechny, utrwalony w Polakach (głównie przez dzieło Henryka Sienkiewicza i jego ekranizację) pogląd na zakon krzyżacki. W pewnym momencie pokazał np. wymalowane na ścianie herby rodowe krzyżaków, których większość nazwisk brzmiała bardzo po polsku. Uśmiechami kwitowali turyści te rewelacje.
Zgodnie z umową, na 17.00 byliśmy już w Czersku, skąd odebraliśmy amerykańskich gości. W dosyć przyzwoitym czasie, trochę po ogłoszeniu ciszy nocnej, byliśmy we Wschowie. W ten sposób zamknęliśmy program naszej podróży z genealogią w tle.